niedziela, 12 lipca 2026

 Hejka, 

Błędy młodości to zdecydowanie coś co określa tego fanfica xD 

Widzę, że ludzie cały czas wchodzą tutaj w roku pańskim 2026 i jestem nieco przerażona. Miałam dużo podejść do usunięcia tego bloga, ale poznałam dzięki temu "dziełu" wiele wspaniałych ludzi. Z wieloma nie mam już do czynienia (wątpię, żeby tu wchodzili, ale myślę o was Wszystkich ciepło i macie miejsce głęboko w moim sercu <3). Dzięki temu fanficowi poznałam swoją obecną dziewczynę i nie wiem jakim cudem do tego doszło, bo osobiście nieco ubolewam nad tym jak ten fanfic wyglądał gdy był pisany przeze mnie na przełomie podstawówki i gimnazjum hahaha. 

Możliwe, że część osób ma powiadomienia na tym blogu nie wyłączone. Nie wiem też w sumie dlaczego piszę tę notatkę, bo zazwyczaj staram się wepchnąć w niepamięć fakt pisania tego tworu. Nie mniej prawdopodobnie w przyszłości zamknę w końcu tego bloga i przełamię nutę nostalgii, która cały czas mnie przed tym powstrzymuje. Dlatego jeśli z jakiegoś powodu wracacie tutaj po tylu latach, to nie wiem ściągnijcie sobie ulubione rozdziały (jeśli w ogóle są takie osoby hahaha). 

Tęsknię za tymi czasami, tęsknię za Wami. Jeśli to czytacie, albo z jakiegoś powodu jesteście tutaj pierwszy raz to - przepraszam za to co wyczyniała tutaj kilkunastoletnia ja. Jak jesteście nowi to proponuję sobie tego nie robić, a starych czytaczy pozdrawiam serdecznie i mam nadzieję, że nie wspominacie tego bloga jako traumy z dzieciństwa </3 

Już ostatni raz na tym blogu, 

pozdrawiam. 

poniedziałek, 13 listopada 2017

Aż wstyd tu wchodzić...

Oh, hej, hej. W sumie ciekawe jaki będzie odbiór tej notatki? Pewnie nikły i nikt tu nikogo nie powinien winić oprócz mnie. 


Cóż minęło 19 miesięcy od ostatniego rozdziału: 10 kwiecień 2016 roku, tego dnia dodałam ostatni rozdział. Masa czasu, masa. A trzy lata temu założyłam tego bloga: 07 sierpnia 2014 - ja, wczesna nastolatka przed drugą klasą gimby, mająca niewielkie pojęcie o życiu, pisaniu czy prowadzeniu bloga. Gdyby nie moja koleżanka, to mój ff nigdy nie ujrzałby światła dziennego, pisałam dla siebie, bo czułam jawną niesprawiedliwość, że Percy i Nico nie są kanoniczną parą. Nyksiątko - bo taki nick ma ta koleżanka, namówiła mnie do założenia tego bloga i w ten sposób spędziłam całą swoją naukę w gimnazjum na pisaniu ff o Percy'm Jacksonie.

Z kolejnymi rozdziałami zaczęłam pisać z kilkoma osobami, które stale komentowały moje - marnej jakości - prace. Można powiedzieć, że przywiązałam się bardzo do tych osób i myślę, że nie muszę wymieniać tu każdej, gdyż każda doskonale z Was zdaje sobie sprawę, że mówię właśnie o Was. To z Wami pisałam ten ff, z Wami dzieliłam się wręcz swoimi prywatnymi sprawami. I wiecie co? Nie żałuję, że tak przeklikałam sobie kilka dobrych lat. Do tej pory mam stały kontakt z częścią z Was, z... jezu senpai nie pamiętam jaki miałaś nick, tak czy siak senpai jest jeden i wie, że o niej mówię - z Tobą szczególnie utrzymuję stały kontakt, w końcu inaczej nie możemy nazwać naszego codziennego pisania od rana do nocy.

Cóż... nie mogę zaprzeczyć, nie mam serca usuwać tego bloga. Chociaż burak spala mnie za każdym razem jak zerkam na pierwsze rozdziały. Zmieniłam się bardzo, mój styl pisania na pewno też. I pewnym jest, iż nie siedzę już w fandomie PJ. Jest to w zasadzie zabawne. Ale w pewnym momencie, nawet już podczas pisania bloga poczułam przesyt tą serią. Bardzo żałuję, chciałabym zakończyć w jakiś sposób to opowiadanie, ale wiem, że zarówno czas oraz moja wena na pewno na to nie pozwolą.

Co mam jeszcze napisać? Nie chcę się usprawiedliwiać, jak robiłam to często pod rozdziałami. Nie chcę się usprawiedliwiać z tego, iż po prostu przejadło mi się to. Chciałabym, żeby było inaczej. Jasne, możliwe, że część z osób, które to przeczytają, również chciałaby, żeby było inaczej. Ale na pewno wiele rzeczy jest pewnych: pisząc tego bloga, to ff, spędziłam dużo swojego czasu i bynajmniej nie uważam go za czas stracony. Mimo, iż mam ochotę zapaść się pod ziemię gdy zerkam na wczesne rozdziały, to nie żałuję. Poznałam dzięki tej przygodzie wielu ludzi, gdyby nie to, że założyłam bloga, nie poznałabym ich. Wszystko dzięki Nyksiątku, nie? Powinnam jeszcze, kiedyś się z nią spotkać i serdecznie jej za to podziękować. Naprawdę.

Myślę, że mogę już oficjalnie zakończyć to... pożegnanie? O ile ktokolwiek tu został, ktokolwiek tu wejdzie. Przepraszam jeśli zawiodłam część z was, ale minęło naprawdę sporo czasu. Wiele razy, naprawdę wiele razy, chciałam wrócić do pisania, ale zwyczajnie nie mogłam. A zmuszanie się na siłę, zmuszanie się do czegoś co się lubi, jest moim zdaniem tylko i wyłącznie psuciem sobie przyjemności.

Ale jedno jest również pewne... to nie jest ostatni twór jaki napisałam, będę pisać więcej. Możliwe, że nie będzie to dotyczyć żadnego fandomu... możliwe, że będzie. Nie wiem. W tej chwili jestem w liceum, staram się skupić na ocenach jak tylko jest to możliwe, ale może w wakacje? Albo w jakieś ferie? Nic nie mogę obiecać, ale w innym blogu, możliwe, że pod innym kontem na pewno w otchłani internetu jakiś mój twór jeszcze trafi. Czy się przyjmie tak jak ten blog? Bardzo wątpię. Niesamowicie cieszy mnie jak i przeraża ile ten blog miał wyświetleń... ile komentarzy, ile ludzi, których spotkałam pod każdym rozdziałem w komentarzach. I tym osobom serdecznie dziękuję i przepraszam.

Nie usuwam rozdziałów. Jak już pisałam wcześniej, pomimo wstydu jaki odczuwam. Myślę, że za parę lat wrócę, przeczytam wszystkie te rozdziały i pośmieje się z (mam nadzieję) tego jaki progres zaliczyłam.

Tak, więc prawdopodobnie to ostatnia notatka na tym blogu. Możliwe, że kiedyś jak faktycznie pokuszę się o założenie kolejnego, to pojawi się tu chamska reklama... a może faktycznie spróbuję zacząć od kompletnego zera? Zobaczymy jak to będzie.

A tymczasem... dziękuję i mam nadzieję, że nie jest to jakiś wielki szok dla osób spod ostatniego rozdziału. Naprawdę przykro mi, że tak wyszło.

Do zobaczenia?

niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 4.

Rozdział 4. Poszukiwania zaginionych                  


∞ Shepherd ∞


Zaśmiałem się cicho. Mógłbym trwać w owej chwili całe wieki, ale nie było na to czasu. Ale jednak miałem złudne wrażenie, że w tym momencie czas powinien się zatrzymać, spowolnić! Cokolwiek miało się jednakże stać zaraz po tym wrażeniu, wyrywało mnie z zadowolenia. Moje usta wykrzywiły się w grymasie, niebo spochmurniało. Chrzanię pogodę. Psuje mi dzień. No trudno, trudno.

Wszedłem z powrotem do budynku i oparłem się o ścianę. Miejsce w którym aktualnie się znajdowałem było dobrze oświetlone, jak na pomieszczenie bez okien i jakichkolwiek lamp. Ah, ta magia, nic tylko chwycić się za ręce i zatańczyć w kółeczku. Może dałoby to kilku osobom do myślenia. Tańce w czasie wojny? Czemu nie. Możemy zatańczyć w krwi swoich wrogów, w sumie taka alternatywa też jest całkiem spoko. Musimy jeszcze to dokładniej obmyślić, ale spokojnie, dam znać jeszcze w tym tygodniu.

Heh, zabrzmiałem jakbym aktualnie był w jakieś sekcie. Maznąć pentagram na ścianie i rzucić w kąt łeb kozła, to byłoby nieco zbyt makabryczne jak na moje standardy.

Spojrzałem na swoją matkę. Jej blade oblicze, jej idealne rysy twarzy, jej długie czarne włosy i białe, niczym ślepe oczy, wszystko to było przede mną! Mogłem stać i podziwiać ją godzinami. Uśmiechała się lekko do mnie. Wybaczyła mi. Wiedziałem to, wiedziałem, że mi wybaczyła. Bardzo natrudziłem się, żeby odzyskać jej zaufanie i w końcu to się stało! Ah matko, moje serce się kraje, wiesz o tym, co nie? Matko?

Apate założyła nogę na nogę, jej czarna suknia odsłoniła jej drobne, blade kolana. Ona była taka idealna, taka idealna. W końcu odzyskałem jej uwagę, jestem jej najważniejszym synem. Prawda, matko? Oh, zaiste tak musi być. Matko…

Jej usta wymówiły nieme zdanie: Jestem z ciebie dumna, synu.

Uśmiechnąłem się zwycięsko. W końcu mi się udało osiągnąć, to co zamierzałem. Teraz pozwoli mi wrócić, do domu. Nie mniej milczałem. Nie można w obecności Zdrady mówić zbyt wiele, trzeba zachować spokój. Zdrada to piękna i zarazem paskudna rzecz. Wszystko zależy po której jest się stronie.

Jednakże podniecenie, które wywoływała u mnie pochwała, po kilku minutach ciszy dało za wygraną:
-Matko, jeśli potrzebujesz więcej informacji, ja…

Pokręciła przecząco głową i odezwała się głosem za którym tak tęskniłem:
-Nie wychylaj się. Nie teraz. Musisz jeszcze poczekać, synu. Kiedy zdobędziemy, to czego chcę, dopiero wtedy wyjdziesz z tej kryjówki.

Nie podobała mi się wizja siedzenia cicho jak mysz pod miotłą, kiedy tyle działo się w okolicy. Kiedy wiedziałem jak bardzo niektórzy będą mieli przechlapane… Ale taka jest wola matki, będę jej przychylny. Muszę być jej przychylny, nie mogę znowu zawieść. Znowu jej opuścić. Nie mogę tego zrobić, muszę zostać z nią.

-Oczywiście – pokiwałem nerwowo głową.

Musiała zauważyć moje zdenerwowanie, gdyż chwilę później wstała i przytuliła mnie do siebie i zaczęła szeptać mi cicho do ucha:
-Taki podobny do swojego ojca. Identyczny. Taki podobny.

Wzmianka o nim wzbudziła u mnie obrzydzenie, ale wtuliłem się w matkę. Wiedziałem, że każdy inny gest mógłby zakończyć się porażką, mógłbym ją zawieść. Nie mogę do tego dopuścić, nie mogę. Moja matka jest dla mnie wszystkim.

-Tak, matko – pokiwałem po chwili głową.

Jej piękne usta zadrgały w delikatnym uśmiechu, a jej ramiona po chwili przestały mnie otaczać. Usiadła znowu na czarnym tronie i spojrzała na mnie.

-Będziesz się tu nudził, prawda?

Rozejrzałem się raz jeszcze. Wszędzie pojawiły się cienie ludzi, uwięzione między światem, a tym pokojem. Uśmiechnąłem się na wspominkę, jak wspaniałą zabawą są cienie i pokręciłem głową.

-A więc czego byś sobie życzył, synu. Potraktuj moją hojność, jako nagrodę – oparła głowę na swojej dłoni i patrzyła swoimi idealnymi oczami na moją osobę.

Zastanowiłem się chwilę. Nie taktownym zagraniem będzie odmówienie. Ale już po chwili miałem pewien plan, idealny plan, który na pewno spodoba się mojej matce.

-Tak, chciałbym cię pokornie prosić o coś, matko – schyliłem głowę.

Zaśmiała się perliście, a cienie w pokoju zadrżały jakby ze strachu. Wszyscy mówią, że ona ma przerażający śmiech. Nie, nie, Zdrada śmieje się idealnie. Idealnie, jak sama Apate.

-Więc czego chcesz, synu?

Uśmiechnąłem się pod nosem i wyprostowałem i dopiero po chwili, teatralnie akcentując każde słowo, odrzekłem:
-Matko, chcę di Angelo.
 


≈THEO≈


Zamrugałem oczami. Ten śmiech mnie ogłuszył, a te drzwi… Wybiegłem jak najszybciej z pokoju i darłem się na całe gardło, że „JA OTWORZĘ”. To nie mógł być przypadek, nie mógł być… nie mógł być.

Otworzyłem drzwi i rzuciłem się praktycznie od razu na osobę, która stała za nimi. Przeturlaliśmy się przez schody i z łupnięciem wylądowaliśmy na trawniku.

Wtedy dopiero spojrzałem na osobę, którą powaliłem i zamrugałem z niedowierzaniem oczami.

-Yo? – Jupiter wyglądał na równie zaskoczonego co i ja.

Moja mina musiała być wyjątkowo głupia, gdyż facet zaśmiał się głośno.

-Każdego tak witasz? – Puścił mi oczko – Agresywny z ciebie chłopiec.

Prychnąłem i wstałem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. Raz, jak on niby się tu dostał. Dwa, skąd wiedział gdzie mieszkam? Trzy, co on ma wspólnego z tamtym telefonem?

No ale, że ja to ja, spytałem najpierw o to ostatnie, no bo jebać system:
-Od kiedy masz damski śmiech?

Jupiter przechylił głowę i złożył ręce na piersi.

-Właśnie próbujesz mi pocisnąć? Coś ci nie idzie – westchnął cicho – Wiesz spotkałem kiedyś chłopaka, który…
-Ale tak poważnie – nie chciało mi się jakoś słuchać opowieści o jego znajomych. On nie może ich mieć normalnych.

Jupiter pokręcił głową i strzyknął kilka razy karkiem. Zerknąłem za siebie. Moja matka wyglądała przez okno kuchni i miała minę, jakby widziała mnie po raz pierwszy. Natychmiast poczułem jak oblewam się rumieńcem… no tak, musiała widzieć moje powitanie z tym kolesiem. I jak ja jej to wyjaśnię…? 
Zapisałem się do klubu bejsbolowego! O! Tak, idealnie.

-Nie rozumiem twojego toku rozumowania, śmiałem się normalnie – Jupiter oparł się o bramę.

Machnąłem dłonią.

-Jak się tu dostałeś?
-Czuję się jak na komisariacie – westchnął ciężko – Nie chcesz pogadać o czymś przyjemniejszym? Nie chcesz, prawda?

Przewróciłem oczami, co chyba zmobilizowało chłopaka to kolejnej odpowiedzi:
-Powiedzmy, że jest naprawdę wiele rzeczy w których jestem dobry.

Okej, nie pytałem o jego dziwny uśmiech przy tej wypowiedzi. Westchnąłem cicho.

-Także, czego chcesz? Bo wiesz, taki trochę zajęty jestem – Przypomniałem sobie o tym, że zostawiłem telefon. Moje serce zamarło… Vanessa mogła przecież napisać!

Jupiter zaśmiał się i spojrzał mi prosto w oczy.

-Na początku stwierdziłem, że jesteś nudnym zwykłym herosem…
-Shh… - spojrzałem w stronę okna w kuchni, ale ono było ponownie zasłonięte, więc odetchnąłem z ulgą.
-Ale wiesz co? Mam propozycję, poznajmy się – wyszczerzył zęby w dziwnym uśmiechu.

Uniosłem pytająco brew. Ta propozycja była jakaś dziwna z ust takiego… takiego innego od wszystkich faceta. Jakoś nie miałem ochoty go poznawać.

-Czemu miałbym tego chcieć?

Jupiter ponownie się zaśmiał i podszedł do mnie.

-Masz spoko buźkę i wiem kim są twoi prawdziwi rodzice. Więc co ty na to?

Znowu moje serce zamarło, ale tym razem z zupełnie innego powodu. Vanessa nagle przestała się, aż tak strasznie liczyć.

On wie? On? Czemu nie powiedział mi wcześniej? Coś mi tu bardzo śmierdzi. Bardzo. Nie mam zamiaru ruszać takiego gówna.

-Widzę, że niespecjalnie cię przekonałem – podrapał się po policzku – A co jeśli powiem ci nawet o twoim rodzeństwie? Jeśli powiem ci o ludziach z którymi aktualnie mieszkasz? Jeśli powiem ci kim tak naprawdę jest twój kumpel Luca? I co jeśli to ja wprowadzę cię do tego świata? – Wyciągnął do mnie dłoń – Pomogę ci.

Zmrużyłem podejrzliwie oczy. Nie podobało mi się, aczkolwiek moja ciekawska część mnie wyrywała się z krzykiem, abym się zgodził. Tyle informacji i być może ktoś kto pomimo swojego zwariowania, mógłby mi pomóc w tej absurdalnej sytuacji.

-A ty czemu miałbyś tego chcieć?

Uśmiechnął się i spojrzał mi ponownie w oczy, a mnie przeszły ciarki.

-Powiedzmy, że szukam tragicznego bohatera do swojej opowieści.
-Ha?!
-Spokojnie – wybuchnął śmiechem – Będziesz moim dłużnikiem, a ja zwrócę się do ciebie w odpowiednim czasie.

Zastanowiłem się. Ciągle mi się to nie podobało. Ciągle nie byłem przekonany.

To nie skończy się dobrze – mówił rozsądek.

On ma ci tyle do zaoferowania! – Krzyczała ciekawość.

Idź do Vanessy – Gadało serce.

Westchnąłem ciężko.
-Nie – odpowiedziałem krótko – Idź, bo moi rodzice mogą wezwać za chwile ekipę poszukiwawczą.
Wybuchnął śmiechem, a ja zacząłem wracać do domu.
-Jutro, o dwudziestej. W parku naprzeciwko twojej budy.

Pokręciłem głową i… zaraz…
-Ej! Skąd wiesz gdzie chodzę do szkoły?! – Odwróciłem się, ale Jupitera już nie było.

Zamrugałem oczami. Rozejrzałem się uważnie, nawet wychyliłem się zza bramę… ale po nim, nie było już śladu.

Co tu się dzieje…? Co tu się kurde dzieje? Czemu ja? No czemu? Miałem nudne życie, ale teraz zaczynam za nim tęsknić. Moje poprzednie życie wróć! Odfochaj się!... Proooszę…

ζ STEVEN ζ


Aktualnie miałem przerwę. Nie musiałem nikogo leczyć, przynajmniej przez najbliższą godzinę póki nie wróci zwiad. Później dopiero zacznie się żmudna praca… i tak większość nie przeżyje. Ostatnio herosi umierają jak tylko wyjdą z bezpiecznego schronu.

Ech, podziemia, to nie jest dobre miejsce dla syna Apolla.

Gdzie są bogowie? Ciekawi mnie to. Gdzie są, kiedy ich dzieci umierają. Gdzie byli gdy dom ich potomnych płoną?

Westchnąłem cicho. Nie przyznawałem się do tego, ale trapiło mnie to. To i Jack. Jack przejął dowodzenie, ale jednocześnie przestał po raz kolejny od naszej znajomości, przypominać siebie. Nawet przeklina inaczej, już nie z taką agresją w głosie.

Strasznie obwinia bogów i nikomu się to nie podoba. Niektórzy herosi zaczynają się zastanawiać czy podążanie za Jack’iem do dobra decyzja. Ja również się nad tym zastanawiam. Syn Hermesa jest inny. Nie jest jak kiedyś.

Z tymi myślami krążyłem pomiędzy szarymi, wilgotnymi korytarzami. Im dalej szedłem, tym było wilgotniej, tym bardziej otaczał mnie zapach stęchlizny.

Tęsknię za słońcem, rzadko na nim bywam. Tęsknię za obozem, co mnie samego dziwi. Uznałem, to miejsce całkiem niedawno za schron, a teraz… teraz mi to zabrano, razem z moimi przyjaciółmi. Nie jestem w stanie myśleć o tym jeszcze na chłodno, chociaż minęło już tyle czasu. To ciągle jest krwawiąca rana, która nie daje mi spokoju. Nie jestem w stanie jej zatamować.

Tyle osób tam straciło życia. To była chyba jedna z większych porażek herosów. Nie ma już nas zbyt dużo. Można powiedzieć, że jesteśmy zagrożonym gatunkiem. Część z nas schowała się w 
podziemiach, zostaliśmy zwykłymi szczurami tunelowymi. Chudzi, pogodzeni z porażką, wygnani i zapomniani. Inni buntują się, starają się wmieszać w ludzi i prawdopodobnie giną. Walczą między sobą i próbują siłą przekonać zmizerniałe szczury, to wrócenia do dobrobytu.

Nie ma szansy. Nie ma szansy, kiedy dowódca nie jest w stanie podnieść morałów innych. Powtarzałem to Jack’owi, ale on wydaje się dążyć do tylko sobie znanych celów, które przynoszą jedynie śmierć jego podkomendnych.

Inni to widzą. Te chude szczury zaczynają pragnąć większych kawałków resztek. Zagryzą w końcu dowódcę, który pozwala im jeść tak niewiele.

To także powtarzałem Jack’owi. Ale i tym razem wolał zagnać mnie do roboty.

-Steve?! – Travis podbiegł do mnie i na wstępie kopnął mnie w kostkę – Zawału dostanę przez ciebie, jak słowo daję. Gdzie znowu idziesz? – Jego głos nieco słabszy niż zwykle, Travis ostatnio ciężko zachorował, ciągle nie był specjalnie zdrowy, ale miał się lepiej.
-Chciałem na chwilę wyjść – spojrzałem w głąb korytarza.

Travis złapał mnie za dłoń i zaczął ciągnąć z powrotem do głównej siedziby. Bez większych sprzeciwów szedłem za nim. Miał bardzo ciepłą dłoń, pewnie znowu miał gorączkę.

Kiedy po chwili to do mnie dotarło zatrzymałem się. Spojrzał na mnie niespecjalnie rozumiejącym wzrokiem, a ja musnąłem swoimi wargami jego.

-No nie całuj mnie, tylko chodź – Travis zaśmiał się pod nosem – Zjedz coś, pewnie nic nie jadłeś. 
-W takim razie ty idź do łóżka – pokręciłem głową.

Travis przewrócił oczami.

-Czuję się nieźle – odpowiedział, ale widziałem, że mówił to tylko tak po prostu.

Pokiwałem nie mniej głową, aby nie wywoływać jakiś drobnych sprzeczek. Ostatnio nie mamy dla siebie tyle czasu. Niestety… A wszystko jeszcze zaczyna się komplikować w tym miejscu.


Felicia∞


Odkąd tylko pamiętam wszyscy oceniali mnie po wyborach jakich dokonywałam. 

Nikogo nie interesowało jednak jakie miałam opcje. Chciałabym by ci wszyscy, którzy kiedykolwiek szydzili ze mnie z powodu mojej przeszłości, z powodu tego kim jestem i kim się stałam, mogli wcielić się na choćby moment, jedną chwilę w moje wnętrze. Żeby zobaczyli jak bardzo muszę, być obłudna bezustannie udając. Ukrywając żal, smutek, rozpacz, strach, o to że wszystko się powtórzy, zatoczy koło. Nie życzę najgorszemu wrogowi tego co dzieję się teraz w mojej głowie. Popełniłam błąd. Pozwoliłam by moje dawne przewinienia, przysłoniły mi teraźniejszy cel. Znasz może to uczucie kiedy musisz podjąć ważną decyzję, ale nie wiesz czy postępujesz słusznie? Ja wybrałam swoją drogę, ale wciąż patrzyłam za siebie. 

Odnalezienie Topaza było moją powinnością. Musiałam jednak  liczyć się z tym, że ten którego szukałam, nie koniecznie mógł chcieć zostać znaleziony. Mimo to chciałam go ostrzec. 

Czułam, że muszę zrobić wszystko by ocalić Topaza przed losem tego, który złamał daną sobie samemu obietnicę. Samobójcy, który przekraczając granice rozsądku, dążył do nieśmiertelności. Odkąd tylko sięgał on pamięcią myśl o śmierci doprowadzała go do istnego szału. Nie potrafił przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później nastąpi kres jego istnienia. Bał się tego bardziej niż czegokolwiek innego. 
Paraliżujący strach niszczył Nero od środka. Jego pozycja w obozie Jupiter była niezwykle wysoka, a zastęp rzymskich bogów był u jego stóp. Miał wszystko. Poszanowanie, armię poddanych mu herosów i ukochaną, która zawsze była przy nim mimo wszelkich przeciwności. Ani myślał oddać to wszystko bez walki.

 Jako syn Plutona bratał się ze śmiercią i już dawno temu obmyślił plan jak ją oszukać. Samaela poznał osiemdziesiąt pięć lat temu, jeszcze przed moimi narodzinami. Tego felernego dnia, zabijając herosa z sąsiedniego obozu, wpuścił mrok do swojego serca i pozwolił demonowi sobą zawładnąć. 

On pragnął nieśmiertelności, wiecznego życia, spokoju duszy, a Samael chcący jedynie ludzkiego ciała mógł z łatwością spełnić jego prośbę. Zawarli pakt, umowę. Z początku każdy z nich cieszył się wolnością, lecz demon posiadający od teraz własne ciało, zaczął panoszyć się na świecie.

 Zabijał, kradł, plądrował, gwałcił, a wszystkie jego występki, uważane były za dzieła syna Plutona. Nero szybko został pozbawiony funkcji Pretora i wygnany z obozu. Jego bliscy odwrócili się od niego. W ostatnich momentach była przy nim już tylko Makaria, zakochana w nim grecka bogini błogosławionej śmierci, której wspomnienia tlą się we mnie, będąc niemal moimi. Ukazując jego ostatnią chwilę. 

-Żałujesz?- Zapytała delikatnie pochylając się nad jego twarzą.
-Nie. Dzięki tej sytuacji coś zrozumiałem. Śmierć jest przyjacielem i tylko ona jest zdolna przynieść mi teraz ukojenie -Już od dawna nie czuł się sobą. Demon ostatnio bardzo łatwo przejmował nad nim kontrolę. 

W ręku trzymał sztylet, jak gdyby w każdej chwili będąc zdolnym przeciąć nić swojego życia. Powstrzymywała go jedynie lodowata dłoń czarnowłosej bogini. Nadal bał się umrzeć, nie chciał tego, ale nie chciał też ani minuty dłużej być marionetką w szponach Samaela. Całe życie robił wszystko żeby uniknąć spotkania z przeznaczeniem, a w tym momencie pragnął jedynie ponieść karę za wyrządzone czyny. 

Po jego policzku spłynęła łza. Makaria scałowała ją i kiedy bezlitosne ostrze dosięgnęło serca herosa, zesłała na jego powieki nie kończący się sen. Kiedy wydał ostatni dech mimo bólu poczuł wolność pierwszy raz od wielu miesięcy. Czuł, że właśnie tak miało potoczyć się jego życie, że wszystko jest na swoim miejscu.

 Samael wydał cichy jęk opuszczając jego ciało i tym samym odchodząc na zawsze, a przynajmniej tak się wszystkim wydawało. 

Znając tę historię, od dawna wyznaję tylko jedną zasadę: Nie wolno ufać demonom. Przecież morderca w przebraniu prawego człowieka i tak pozostanie mordercą. 

Szukałam Topaza już od wielu dni, polegając na zdolnościach mojego piekielnego Ogara, który łapał trop ze strzępka koszulki, którą znalazłam w jego pokoju. Już od jakiegoś czasu byłam w stałym kontakcie z Oskarem, ponieważ obiecał on, że udzieli mi pomocy. Ostatnio jednak w ogóle się nie odzywał. 

Wcisnęłam komórkę do kieszeni kurtki i rzuciłam na siebie i Ogra czar Mgły, by nie rzucać się w oczy w ruchliwym mieście. Przechodziłam właśnie obok kawiarni, wciągając nosem zapach świeżej kawy, gdy nagle ni stąd ni zowąd zatrzymała mnie czyjaś dłoń. Odwróciłam się powoli, zachowując czujność. 

To była ona. Moja wybawicielka. Tak mi było jej brak. Tęskniłam za nią i dziękowałam bogom za jej obecność. Odciągnęłam ją na bok, gładząc dłonią kaskadę jej pięknych, tym razem  czarnych włosów. Mogła przybrać dowolną postać. Poznam ja zawsze. Bez względu na to jak będzie wyglądać. 

-Co ty tutaj robisz? Przecież wiesz, że zabroniono ci kontaktów ze mną- Powiedziałam w sposób dobitny, lecz czuły.
-Doszły mnie słuchy, że szukasz kogoś kto obdarzył cię uczuciem. Chce pomóc ci w poszukiwaniach. Nie wybaczyłabym sobie gdybyś straciła szansę na miłość -Rzekła nasuwając na nos okulary przeciwsłoneczne.

-Chcę odnaleźć Topaza by pomóc mu uporać się z drzemiącym w nim złem. Uczucia mi nie pomogą, a wręcz będą zawadzać. Dobrze wiesz, że nikt nie może się do mnie zbliżyć.
-Urok rzucony na ciebie nie może ci odebrać wiary w miłość. To największe dobro jakie masz w sercu. Nigdy o tym nie zapomnij, bo to twoja siła - Mówiąc to bawiła się kolorem mojej sukni. Nadając jej na zmianę kolory ciepłe i zimne, a na końcu pozostawiając ją czarną.

 Gdy wspomniała o uroku, mój oddech wstrzymał się na krótką chwile. Nie chciałam o nim myśleć. To był mój sekret, ukrywany od lat, o którym nawet ty nie powinieneś był usłyszeć. 

Na chwilę straciłam władzę w nogach i przewróciłam się na ziemię. 

W głowie dźwięczał mi głos, którego nie zdołam zapomnieć nigdy -„Jeśli już mnie nie miłujesz i tobie nikogo nie zezwolę miłować”. Z mojego nosa pociekło kilka kropli krwi. Wytarłam je, nie zwracając uwagi na nawrót choroby. 
Podniosłam się energicznie i spojrzałam w oczy towarzyszce.

-Możesz mi nie wierzyć, lecz ja cię ukochałam Felicio i nadal żyję -powiedziała całując mnie w czoło. Chciałam wierzyć by było to możliwe, rzeczywistość nie należy jednak do szczególnych łaskawców.
-Jesteś nieśmiertelna. Ciebie żaden urok miłosny nie zrani, bo wszystkie od ciebie pochodzą Afrodyto. Nikomu nie pozwolę cierpieć z mojego powodu. Albowiem to cierpienie tylko mnie się należy. Tylko ja zapłacę karę za popełnione winy. A Topazowi nie mogę pozwolić się zbliżyć. Ani jemu, ani nikomu innemu. Nawet gdyby miłość, którą mam w sercu kiedyś zgasła. 
-Dopóki jestem przy tobie ona nigdy nie zgaśnie. Nie długo odnajdziesz tego kogo szukasz. Niemalże niebawem. Obiecuję Ci to. Wybacz jednak, ale muszę już iść. Jestem umówiona na spacer z Aresem. Chyba nie masz mi tego za złe?-Zapytała z promiennym uśmiechem na ustach, zabierając kawę z tacy, przechodzącego obok kelnera.
-Oczywiście, że nie, Dziękuję ci za czas, który mi poświęciła.- Przytuliłam ja szybko i po chwili już tylko patrzyłam jak odchodzi w tłumie, słysząc stukot jej wysokich obcasów.

 Postanowiłam rozejrzeć się za hotelem by spędzić w nim noc i z samego rana kontynuować poszukiwania. Najbliższy był jakieś pół godziny drogi stąd. Przyśpieszyłam, więc kroku. Myślałam na tym co teraz może robić Topaz. Nad tym czy jest bezpieczny, czy będzie chciał ze mną rozmawiać gdy mnie zobaczy. 

Przez głowę przemykało mi tysiące myśli. Tęskniłam za nim, choć długo nie chciałam się do tego przyznać. Owszem miałam wspomnienia, lecz ich nie można dotknąć, ani przytulić. W tęsknieniu za kimś nie chodzi o czas który minął odkąd ostatni raz się widzieliście, czy rozmawialiście. Chodzi o te momenty kiedy robiąc coś, zdajesz sobie sprawę jak bardzo byś chciał by ta druga osoba była przy tobie. 

Tak bardzo chciałam mu pomóc, nawet kosztem własnego życia. Choć nie rozumiałam czemu. A może po prostu nie chciałam rozumieć?  Afrodyta obiecała okazać mi wsparcie, a ona nigdy nie złamała danej mi obietnicy. Ze spokojem oczekiwałam zapowiedzianego znaku. Otrzymałam go wraz ze wschodem księżyca. 

Dostałam sms z nieznanego mi numeru. Drżącym głosem odczytałam wiadomość: „Wiem gdzie jest naczynie Percussusa. Jeśli mi pomożesz Twój przyjaciel będzie wolny. Proponuję układ. Spotkamy się gdy nadejdzie czas.”- Zamknęłam oczy, dziękując mej wybawczyni za tę wskazówkę. Senna wkroczyłam do recepcji hotelu, chcąc zregenerować siły. Byłam blisko. Czułam to. 

Korzystając z okazji, chciałam jeszcze tylko powiedzieć, że mam nadzieję, że mnie słyszysz Topaz. Ocalę cię. Nawet gdybyś miał mnie potem znienawidzić.

 Gdy wchodziłam po schodach z mojego nosa kapała krew. Mimo iż tego nie chciałam Samael został już przywołany. Dzisiejszą noc spędzę w towarzystwie.

***

Hej, hej! Jezu... jak ja dawno nic tu nie dodawałam. Nah... Ale wreszcie znalazł się czas, paradoksalnie kilka dni przed egzaminami, ale się znalazł. 

No tak czy siak... udało się i wiem, że zawiodłam na całej linii pod tym względem, ale niestety jestem dzieckiem lenistwa i nieszczęścia. Poważnie, raz mi się nie chciało, a w momencie gdy weny był nadmiar były problemy z komputerem. Mam już nowy, więc i mam nadzieję, że po egzaminach będą w miarę normalnie dodawane rozdziały.


*WAŻNA INFORMACJA*

Ostatnia narracji jest pisana przez moją koleżankę Akarisu, więcej jej prac znajdziecie na jej wattpadzie 

niedziela, 20 grudnia 2015

Notka, notka, notka

Lekka informacja 
(dla tych którzy w ogóle jeszcze o tym blogu pamiętają) 




Dzień dobry, a więc. Dobry wieczór. Dobre po południe. Kiedykolwiek to czytacie, tak czy siak...

Tak baaaaaaaaaaaardzo zaniedbałam bloga, a nie będę chciała poświęcać połowy nadchodzącego rozdziału na usprawiedliwianie się, więc (nie)poświęcę na to tą notkę. Głównie chciałam napisać, że już kilkakrotnie poważnie myślałam nad zawieszeniem bloga, sami widzicie, o ile ktokolwiek się tutaj ostał, pomijając ludzi, którzy są "ze mną" na askach (ogólnie jak chcecie sprawdzać czy żyję to mój ask jest tutaj KLIK, aczkolwiek niewiele się z niego i tak dowiedzie, bo... jest dosyć specyficzny) i wiedzą ogólnie, że żyję. Tak czy siak sami widzicie jak minimalną ilość rzeczy tutaj ostatnio dodaję. Kiedy mam czas na pisanie zwykle trafia mnie leń, kiedy nie mam to mam z kolei wtedy wenę, a jak siadam by pisać, wena magicznie wyparowuje. 

No i w sumie nie mam nic więcej na swoje usprawiedliwienie. Może jedynie napiszę, iż widać w moich ocenach poprawę, której być może nie byłoby gdybym skupiła się głównie na blogu, tak jak to miało miejsce w zeszłym roku.

Cóż, nie mogę obiecać tak jak to robiłam w 99,9% przypadków "poprawy", zwyczajnie nie chcę rzucać słów na wiatr internetu. Zdaję sobie sprawę, że już niewielu zostało przy moim fanficu, oraz zdaję sobie sprawę, że ff pisze się co najmniej raz na określony czas, a w moim przypadku teraz wygląda to jak zwyczajny ser szwajcarski, co idzie o odstępy czasowe. Ale mogę obiecać jedną, jedyną rzecz dotyczącą tego bloga i to o czym już pisałam: Nawet jeśli będę myślała o zawieszeniu bloga, nie zawieszę go, dopóki każdy zaplanowany punkt mojej historii nie zostanie odznaczony do ostatniego. Nie mam zamiaru kończyć z pisaniem, dopóki ze spokojnym sercem, nie będę mogła napisać pod pewnym, niedługim pewnie rozdziałem piękne i wyczekiwane "THE END" . 

To jestem w stanie Wam obiecać, ponieważ znam siebie i moje pisarstwo na tyle, aby móc Wam, tym, którzy pozostali przy tym blogu, albo teraz pojawili się na nim, tudzież mogli sobie zacząć przypominać fabułę, iż nie porzucam tego bloga, nawet jeśli milczę. Jestem osobą, która nawet teraz czuje się potwornie głupio pisząc ową informację, notkę, jak zwał tak zwał, ale zwyczajnie za każdym razem wstydzę się, lub targają mną inne podobne odczucia, przed napisaniem informacji o zbliżającym się rozdziale lub informacji, iż ja ciągle żyję. A, więc... jeśli jesteś i czytasz to, wiedz, że nie mam najmniejszego zamiaru odpuścić pisania. Nie wiem co musiałoby się stać, żeby tak było, nie mniej nic takiego się nie wydarzyło, ciągle mam tego bloga do skończenia i nie skończę z męczeniem Was moim ff, póki nie napiszę już wyżej wspominanego "THE END"

No i doszłam do tej chwili w notce, iż zawiadamiam Was, iż w najbliższym czasie, tj. najprawdopodobniej okres ferii świątecznych, pojawi się normalny zwyczajowy rozdział. Nie tamten dziwny, jak ostatnio. Ten, który zwykle pojawiał się w moich zwyczajowych postach. Co tu jeszcze? Istnieje też spore prawdopodobieństwo, że owy rozdział w ramach rekompensaty będzie znacznie dłuższy od zwyczajowych, więc powinniście przyszykować kawę i dużo poduszek, żebyście mieli chociaż wygodne miejsce do spania! 




I hej! Zaraz są święta! W sumie niespecjalnie przepadam za tymi dniami, ale to nie znaczy, że dla innych nie mają być szczęśliwe i radosne, co nie? Więc przy okazji życzę Wam miłych, spokojnych świąt! Jak najwięcej spokoju od tego zwariowanego świata, które każdego dnia pokazuje nam jak bardzo stoi na głowie! 




30 XII 15 



niedziela, 4 października 2015

ROZDZIAŁ 4.a)

Rozdział 4.a)


Spojrzał na nią. Jego szare oczy zmierzyły ją chłodnym spojrzeniem kiedy nieświadoma jeszcze wszystkiego dziewczyna przekroczyła próg sali.

-Dzień dobry – stanęła przy wychowawcy klasy po czym zwróciła się do swoich nowych kolegów – Cześć, nazywam się – większość nie usłyszała jej imienia. Szelest kartek oraz śmiechy za oknem zagłuszyły cichy głos dziewczyny – przenieśli mnie do tej szkoły.

Umilkła. Dziewczyna była drobna, o ładnej  cerze oraz brązowych włosach, splecionych w kucyk. Była tutejsza a jednak wyglądała jakby pochodziła z Indii, miała dziwnie egzotyczną urodę… najdziwniejsze było w niej to, że nie była ani ładna, ani brzydka. Miała duży nos, lekko skośne oczy, bardzo dużo pieprzyków na twarzy. A jednak mimo niedoskonałości zwracała uwagę. Pomimo tego, że nie była doskonała, niemożna było nazwać ją piękną, to jednak coś sprawiało, że chłopaki w tej klasie wytrzeszczali oczy na nową.

Nowa – tak ją zaczęto nazywać. Miała imię, ale wszyscy o nim zapominali.

Bo Nowa, była dziwna.

Nowa często siedziała sama.

Nowa bała się innych.

Nowa ciągle mówiła do siebie.

Chłopak który jako pierwszy spojrzał na nią, był tym nieszczęśnikiem który przy niej siedział. Jego szare oczy uważnie badały ją na pierwszych lekcjach. Oparł szczękę na swojej dłoni po czym zaczął myśleć kim jest Nowa.

Chłopak był samotny. Ale nie był klasowym dziwakiem. Bardziej szarą myszką, która wychylała się tylko czasami. Nie miał przyjaciół – miał znajomych. Nie miał starych –miał rodzinę. Już na tej podstawie można by było stwierdzić, że jest jednak dziwny, nie mniej był tylko dodatkiem do klasy. Nie był popularny, nie był wyzywany… był po prostu zapominany. Zna się z niektórymi ludźmi od wielu lat, a jednak ciągle pytają go o imię.

Nowa spojrzała na niego.

Jej brązowe oczy spotkały jego szare.

Uśmiechnęła się lekko, a jej nieidealne usta wydawały się być wręcz idealne. Chłopak momentalnie spojrzał w okno i zacisnął zęby.

Nie lubił patrzenia się w oczy. Nie lubił Nowej.

Ale ona polubiła jego. Dziewczyna poczuła ukucie w sercu, oraz dziwne uczucie w okolicach brzucha. Zerkała teraz bez przerwy na szarookiego.

W jego głowie zaś buzował ciemny odcień czerwieni. Nie chciał jej wzroku. Nie chciał jej. Nie chciał jej uśmiechu.

Dlaczego na nią spojrzał? Zastanawiał się, czemu ona? Siedziała za blisko.

I od tego się zaczęło.

W nocy.

Chłopak uczył się. Prawie północ, a i tak się uczył.
Przekręcał bezmyślnie kartki, tak to była jego nauka. Jego rodzice dawno już spali. Ojciec jak zwykle na kanapie w salonie, matka w swojej sypialni.

Prawdopodobnie niedługo się rozwodzą – nie obchodziło go to.
Chłopak był wyjątkowo obojętny na wszystko. Liczyło się tylko to, że był stosunkowo wolny.

Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.

Przełącznik od światła wydawał denerwujący dźwięk kiedy chłopak zaczął się nim bawić. Uderzający delikatnie długopis o biurko denerwował jego uszy. Chrapanie ojca z salonu wprawiało go w szał.

Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.

Ciemność. Nawet ekran komputera przełączył się w tryb czuwania. Wiatrak  w komputerze bzyczał. Zepsuty, a jednak nienaprawiony.

Pstryk.

Jasność. Zmrużył oczy kiedy spojrzał w żarówkę. Jasne, sztuczne światło. Nie rozwodził się nad tym. Było i tyle. Jego brak jest nie znośny. Ale światło zawsze jest. Nie interesowało go jak. Po prostu jest.

Pstryk.

Ciemność.
Chłopak wstał od biurka i po omacku szukał swojego telefonu po kieszeniach.

Klik.

Jasność. Telefon oświetlał upiornie twarz chłopaka.

Klik. Klik. Klik. Klik. Klik.

Sms-y: Co było z angielskiego?
Klik.

Usunięte.

Klik.
Smsy-y: Jak się masz?

Klik.

Usunięte.

Schował telefon do kieszeni. Zapełniony bezsensownymi danymi. Nie interesowały go zanadto. Jak się czuł? Okej.

-Ech… -westchnął cicho i zdjął spodnie po czym położył się na swoim łóżku – Nic się nie powinno kończyć. Jedno pytanie tyle odpowiedzi. Nie da się udzielić poprawnej.

Uśmiechnął się do siebie.

W tym samym czasie.

Ludzie to nieskomplikowane stworzenia.

Tak powiedziała zanurzając nogi w lodowatej wodzie. Przeciągnęła się delikatnie.

Była znudzona. Znudzona życiem. Była niby optymistką, niby wiecznie rozgadana… rozgadana? Tak, dużo rozmawiała. Dużo rozmawiała w myślach.

Nie była przyzwyczajona do innych, ale dla chłopaka z ławki chciała zrobić wyjątek, jednak on jej nie chciał.
A jej nie powinno się olewać. Tak przynajmniej powtarzała sobie teraz.

Nowa przejechała sobie kciukiem po swoim nieidealnych ustach i uśmiechnęła się w iście złowieszczy sposób:
-Powinniśmy się poznać… prawda?

Jakiś czas później.

Chłopak westchnął cicho. Słyszał wiatr uderzający o okno. Denerwowało go to. Denerwowały go cienie drzew wpadające do jego pokoju, jak nieproszeni gości.

Pokręcił lekko głową kiedy usłyszał budzik swojego ojca. Już tak wcześnie. Zaraz zadzwoni budzik jego mamy. Później jego. I kolejny dzień zacznie się od nowa.

Przeciągnął się i zaczął stukać coś na telefonie.

Klik. Klik. Klik.

Notatki.

Klik. Klik. Klik. Klik. Klik.

Przeżyć szkołę.

Uśmiechnął się do siebie. A słońce zaczęło już wschodzić. Słońce które wcześniej zaszło.

Zachodzące słońce.

Mruknął tak  do siebie i zachichotał cicho. Coś co już nie istnieje. Ale istnieć za chwilę będzie.
To bezsensowne myślenie, było jednakże dosyć przewidujące i chłopak zdawał sobie sprawę z wagi własnych myśli. Dlatego tego nie powiedział na głos.

Nie powiedział też na głos tego co wiedział, że nadchodzi.

Nie powiedział na głos wielu rzeczy, zachowywał je dla siebie. Dla swojego świata. Wiedział, że w innym przypadku mogą się wymknąć… uciec mu.. zostawić go samego… nie mógł do tego dopuścić, a więc musiał spokojnie obserwować, jak jego myśli stają się rzeczywistością.

Klik.
Ekran telefonu ściemniał.

Chłopak westchnął ciężko i wstał. Nałożył spodnie po czym zszedł na dół… powitał go zapach spalenizny… nic nowego tutaj, więc tylko sięgnął po mleko i wypił większość z kartonu.

To wszystko było… niesamowicie fascynujące. Tak przy najmniej chłopak myślał… jego myśli biegały po różnych wydarzeniach… przyszłych, przeszłych, teraźniejszych.


A tymczasem do jego domu zbliżała się pewna osoba. Na pewno nie chciał jej widzieć… ale ona chciała go tylko poznać… Prawda? 

***

A więc po dłuższym czasie przerwy dodaję rozdział... tak jest bardzo krótki, ale mniej więcej takie będą te... "inne" rozdziały... 

I wiem, że dodaję go znowu z opóźnieniem, ale obawiam się, że teraz już mniej więcej tak będzie... szkoła męczy, a ja jestem już w ostatniej klasie i jeśli nie poprawię się z nauką niestety będę miała spore problemy za rok.. mam nadzieję, że jakoś to zrozumiecie... Nie mniej postaram się w zamian pisać dłuższe rozdziały

Trzymajcie się! 

piątek, 25 września 2015

Kolejna informacja!

Dobra... 1...2...3...

REAKTYWACJA! 

Tak! Koniec lenienia się z mojej strony! Właśnie zabieram się za kończenie rozdziału i mam nadzieję, że dodam go jeszcze w ten weekend!
Niemożna się tak długo lenić.... Przepraszam, że dopiero teraz o tym piszę, ale trzeba było skupić się na nauce, skupiłam się, więc teraz trzeba skupić się na pisaniu ^^

Na wstępie chciałam też ogłosić kilka spraw:

  • Co jakiś czas na blogu pojawiać się będzie... mh.. nazwę to inny rozdział. Będzie to rozdział pisany w trzecioosobowej narracji, oraz będzie powiązany z innymi rozdziałami, ale o tym dowiecie się później
  • Mniej ważna informacja, zmieniłam nazwę. Od teraz jestem "Ashi", zmiana taka, ponieważ po prostu skoro już prawie wszędzie używam właśnie niej, to czemu by nie tutaj.
  • Wszystkie ważniejsze pytania, albo po prostu kontakt ze mną znajdziecie na moim asku, spokojnie nie gryzę, a i pytania mogą być z anonima, niemniej wolałabym bez niego, ale znam życie. Link do aska znajduję się tutaj: KILK
  • Być może niedługo pojawi się jeden, niewielki one-shot, kompletnie niezwiązany z niczym na tym blogu, ale myślę, że mnie nie zabijecie
  • Mam nadzieję, że ci którzy zostali tutaj wybaczą mi moje wielkie lenistwo oraz to, że szkoła jednak nie była dla mnie miła na początku ale stwierdziłam, że jeśli teraz nie zacznę to z braku czytelników będę musiała zakończyć pisanie

Dziękuję i życzę wam udanego dnia, popołudnia, nocy, kiedy to tam czytacie :3 


niedziela, 9 sierpnia 2015

Drobna informacja!

Tak ludu... powinnam to napisać kilka dobrych tygodni temu, ale kurdeble... lenistwo poziom veeery hard...

Spokojnie to nie jest informacja z cyklu "Kończę bloga" *muzyczka grozy*
Nie... Nie... Nie...

Chciałam tylko napisać, że w wakacje postanowiłam mieć przerwę, delikatną bo delikatną, ale jednak. A, że wakacje się już powoli kończą *marsz pogrzebowy* więc wracam do pisania ludzie! Oczywiście podejrzewam, że większość z was już odpuściła sobie czytanie tego bloga, ale jeśli jednak to czytasz to ten... dziękuję, że być może ciągle czekasz na rozdziały ^^ Postaram się napisać kolejny jak najszybciej, a później wrócić do normalnego trybu pisania xD

To takie w uj nielogiczne, że w wakacje mam mniejsze chcenie do pisania niż w trakcie roku szkolnego :/

Tak czy inaczej, trzymajcie się ludu i jeśli macie jeszcze toćku cierpliwości to niedługo powinien pojawić się rozdział!

Pozdrawiam i życzę miłego dnia, nocy, wieczora, kiedy to tam czytacie ^^