niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 4.

Rozdział 4. Poszukiwania zaginionych                  


∞ Shepherd ∞


Zaśmiałem się cicho. Mógłbym trwać w owej chwili całe wieki, ale nie było na to czasu. Ale jednak miałem złudne wrażenie, że w tym momencie czas powinien się zatrzymać, spowolnić! Cokolwiek miało się jednakże stać zaraz po tym wrażeniu, wyrywało mnie z zadowolenia. Moje usta wykrzywiły się w grymasie, niebo spochmurniało. Chrzanię pogodę. Psuje mi dzień. No trudno, trudno.

Wszedłem z powrotem do budynku i oparłem się o ścianę. Miejsce w którym aktualnie się znajdowałem było dobrze oświetlone, jak na pomieszczenie bez okien i jakichkolwiek lamp. Ah, ta magia, nic tylko chwycić się za ręce i zatańczyć w kółeczku. Może dałoby to kilku osobom do myślenia. Tańce w czasie wojny? Czemu nie. Możemy zatańczyć w krwi swoich wrogów, w sumie taka alternatywa też jest całkiem spoko. Musimy jeszcze to dokładniej obmyślić, ale spokojnie, dam znać jeszcze w tym tygodniu.

Heh, zabrzmiałem jakbym aktualnie był w jakieś sekcie. Maznąć pentagram na ścianie i rzucić w kąt łeb kozła, to byłoby nieco zbyt makabryczne jak na moje standardy.

Spojrzałem na swoją matkę. Jej blade oblicze, jej idealne rysy twarzy, jej długie czarne włosy i białe, niczym ślepe oczy, wszystko to było przede mną! Mogłem stać i podziwiać ją godzinami. Uśmiechała się lekko do mnie. Wybaczyła mi. Wiedziałem to, wiedziałem, że mi wybaczyła. Bardzo natrudziłem się, żeby odzyskać jej zaufanie i w końcu to się stało! Ah matko, moje serce się kraje, wiesz o tym, co nie? Matko?

Apate założyła nogę na nogę, jej czarna suknia odsłoniła jej drobne, blade kolana. Ona była taka idealna, taka idealna. W końcu odzyskałem jej uwagę, jestem jej najważniejszym synem. Prawda, matko? Oh, zaiste tak musi być. Matko…

Jej usta wymówiły nieme zdanie: Jestem z ciebie dumna, synu.

Uśmiechnąłem się zwycięsko. W końcu mi się udało osiągnąć, to co zamierzałem. Teraz pozwoli mi wrócić, do domu. Nie mniej milczałem. Nie można w obecności Zdrady mówić zbyt wiele, trzeba zachować spokój. Zdrada to piękna i zarazem paskudna rzecz. Wszystko zależy po której jest się stronie.

Jednakże podniecenie, które wywoływała u mnie pochwała, po kilku minutach ciszy dało za wygraną:
-Matko, jeśli potrzebujesz więcej informacji, ja…

Pokręciła przecząco głową i odezwała się głosem za którym tak tęskniłem:
-Nie wychylaj się. Nie teraz. Musisz jeszcze poczekać, synu. Kiedy zdobędziemy, to czego chcę, dopiero wtedy wyjdziesz z tej kryjówki.

Nie podobała mi się wizja siedzenia cicho jak mysz pod miotłą, kiedy tyle działo się w okolicy. Kiedy wiedziałem jak bardzo niektórzy będą mieli przechlapane… Ale taka jest wola matki, będę jej przychylny. Muszę być jej przychylny, nie mogę znowu zawieść. Znowu jej opuścić. Nie mogę tego zrobić, muszę zostać z nią.

-Oczywiście – pokiwałem nerwowo głową.

Musiała zauważyć moje zdenerwowanie, gdyż chwilę później wstała i przytuliła mnie do siebie i zaczęła szeptać mi cicho do ucha:
-Taki podobny do swojego ojca. Identyczny. Taki podobny.

Wzmianka o nim wzbudziła u mnie obrzydzenie, ale wtuliłem się w matkę. Wiedziałem, że każdy inny gest mógłby zakończyć się porażką, mógłbym ją zawieść. Nie mogę do tego dopuścić, nie mogę. Moja matka jest dla mnie wszystkim.

-Tak, matko – pokiwałem po chwili głową.

Jej piękne usta zadrgały w delikatnym uśmiechu, a jej ramiona po chwili przestały mnie otaczać. Usiadła znowu na czarnym tronie i spojrzała na mnie.

-Będziesz się tu nudził, prawda?

Rozejrzałem się raz jeszcze. Wszędzie pojawiły się cienie ludzi, uwięzione między światem, a tym pokojem. Uśmiechnąłem się na wspominkę, jak wspaniałą zabawą są cienie i pokręciłem głową.

-A więc czego byś sobie życzył, synu. Potraktuj moją hojność, jako nagrodę – oparła głowę na swojej dłoni i patrzyła swoimi idealnymi oczami na moją osobę.

Zastanowiłem się chwilę. Nie taktownym zagraniem będzie odmówienie. Ale już po chwili miałem pewien plan, idealny plan, który na pewno spodoba się mojej matce.

-Tak, chciałbym cię pokornie prosić o coś, matko – schyliłem głowę.

Zaśmiała się perliście, a cienie w pokoju zadrżały jakby ze strachu. Wszyscy mówią, że ona ma przerażający śmiech. Nie, nie, Zdrada śmieje się idealnie. Idealnie, jak sama Apate.

-Więc czego chcesz, synu?

Uśmiechnąłem się pod nosem i wyprostowałem i dopiero po chwili, teatralnie akcentując każde słowo, odrzekłem:
-Matko, chcę di Angelo.
 


≈THEO≈


Zamrugałem oczami. Ten śmiech mnie ogłuszył, a te drzwi… Wybiegłem jak najszybciej z pokoju i darłem się na całe gardło, że „JA OTWORZĘ”. To nie mógł być przypadek, nie mógł być… nie mógł być.

Otworzyłem drzwi i rzuciłem się praktycznie od razu na osobę, która stała za nimi. Przeturlaliśmy się przez schody i z łupnięciem wylądowaliśmy na trawniku.

Wtedy dopiero spojrzałem na osobę, którą powaliłem i zamrugałem z niedowierzaniem oczami.

-Yo? – Jupiter wyglądał na równie zaskoczonego co i ja.

Moja mina musiała być wyjątkowo głupia, gdyż facet zaśmiał się głośno.

-Każdego tak witasz? – Puścił mi oczko – Agresywny z ciebie chłopiec.

Prychnąłem i wstałem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z kilku rzeczy. Raz, jak on niby się tu dostał. Dwa, skąd wiedział gdzie mieszkam? Trzy, co on ma wspólnego z tamtym telefonem?

No ale, że ja to ja, spytałem najpierw o to ostatnie, no bo jebać system:
-Od kiedy masz damski śmiech?

Jupiter przechylił głowę i złożył ręce na piersi.

-Właśnie próbujesz mi pocisnąć? Coś ci nie idzie – westchnął cicho – Wiesz spotkałem kiedyś chłopaka, który…
-Ale tak poważnie – nie chciało mi się jakoś słuchać opowieści o jego znajomych. On nie może ich mieć normalnych.

Jupiter pokręcił głową i strzyknął kilka razy karkiem. Zerknąłem za siebie. Moja matka wyglądała przez okno kuchni i miała minę, jakby widziała mnie po raz pierwszy. Natychmiast poczułem jak oblewam się rumieńcem… no tak, musiała widzieć moje powitanie z tym kolesiem. I jak ja jej to wyjaśnię…? 
Zapisałem się do klubu bejsbolowego! O! Tak, idealnie.

-Nie rozumiem twojego toku rozumowania, śmiałem się normalnie – Jupiter oparł się o bramę.

Machnąłem dłonią.

-Jak się tu dostałeś?
-Czuję się jak na komisariacie – westchnął ciężko – Nie chcesz pogadać o czymś przyjemniejszym? Nie chcesz, prawda?

Przewróciłem oczami, co chyba zmobilizowało chłopaka to kolejnej odpowiedzi:
-Powiedzmy, że jest naprawdę wiele rzeczy w których jestem dobry.

Okej, nie pytałem o jego dziwny uśmiech przy tej wypowiedzi. Westchnąłem cicho.

-Także, czego chcesz? Bo wiesz, taki trochę zajęty jestem – Przypomniałem sobie o tym, że zostawiłem telefon. Moje serce zamarło… Vanessa mogła przecież napisać!

Jupiter zaśmiał się i spojrzał mi prosto w oczy.

-Na początku stwierdziłem, że jesteś nudnym zwykłym herosem…
-Shh… - spojrzałem w stronę okna w kuchni, ale ono było ponownie zasłonięte, więc odetchnąłem z ulgą.
-Ale wiesz co? Mam propozycję, poznajmy się – wyszczerzył zęby w dziwnym uśmiechu.

Uniosłem pytająco brew. Ta propozycja była jakaś dziwna z ust takiego… takiego innego od wszystkich faceta. Jakoś nie miałem ochoty go poznawać.

-Czemu miałbym tego chcieć?

Jupiter ponownie się zaśmiał i podszedł do mnie.

-Masz spoko buźkę i wiem kim są twoi prawdziwi rodzice. Więc co ty na to?

Znowu moje serce zamarło, ale tym razem z zupełnie innego powodu. Vanessa nagle przestała się, aż tak strasznie liczyć.

On wie? On? Czemu nie powiedział mi wcześniej? Coś mi tu bardzo śmierdzi. Bardzo. Nie mam zamiaru ruszać takiego gówna.

-Widzę, że niespecjalnie cię przekonałem – podrapał się po policzku – A co jeśli powiem ci nawet o twoim rodzeństwie? Jeśli powiem ci o ludziach z którymi aktualnie mieszkasz? Jeśli powiem ci kim tak naprawdę jest twój kumpel Luca? I co jeśli to ja wprowadzę cię do tego świata? – Wyciągnął do mnie dłoń – Pomogę ci.

Zmrużyłem podejrzliwie oczy. Nie podobało mi się, aczkolwiek moja ciekawska część mnie wyrywała się z krzykiem, abym się zgodził. Tyle informacji i być może ktoś kto pomimo swojego zwariowania, mógłby mi pomóc w tej absurdalnej sytuacji.

-A ty czemu miałbyś tego chcieć?

Uśmiechnął się i spojrzał mi ponownie w oczy, a mnie przeszły ciarki.

-Powiedzmy, że szukam tragicznego bohatera do swojej opowieści.
-Ha?!
-Spokojnie – wybuchnął śmiechem – Będziesz moim dłużnikiem, a ja zwrócę się do ciebie w odpowiednim czasie.

Zastanowiłem się. Ciągle mi się to nie podobało. Ciągle nie byłem przekonany.

To nie skończy się dobrze – mówił rozsądek.

On ma ci tyle do zaoferowania! – Krzyczała ciekawość.

Idź do Vanessy – Gadało serce.

Westchnąłem ciężko.
-Nie – odpowiedziałem krótko – Idź, bo moi rodzice mogą wezwać za chwile ekipę poszukiwawczą.
Wybuchnął śmiechem, a ja zacząłem wracać do domu.
-Jutro, o dwudziestej. W parku naprzeciwko twojej budy.

Pokręciłem głową i… zaraz…
-Ej! Skąd wiesz gdzie chodzę do szkoły?! – Odwróciłem się, ale Jupitera już nie było.

Zamrugałem oczami. Rozejrzałem się uważnie, nawet wychyliłem się zza bramę… ale po nim, nie było już śladu.

Co tu się dzieje…? Co tu się kurde dzieje? Czemu ja? No czemu? Miałem nudne życie, ale teraz zaczynam za nim tęsknić. Moje poprzednie życie wróć! Odfochaj się!... Proooszę…

ζ STEVEN ζ


Aktualnie miałem przerwę. Nie musiałem nikogo leczyć, przynajmniej przez najbliższą godzinę póki nie wróci zwiad. Później dopiero zacznie się żmudna praca… i tak większość nie przeżyje. Ostatnio herosi umierają jak tylko wyjdą z bezpiecznego schronu.

Ech, podziemia, to nie jest dobre miejsce dla syna Apolla.

Gdzie są bogowie? Ciekawi mnie to. Gdzie są, kiedy ich dzieci umierają. Gdzie byli gdy dom ich potomnych płoną?

Westchnąłem cicho. Nie przyznawałem się do tego, ale trapiło mnie to. To i Jack. Jack przejął dowodzenie, ale jednocześnie przestał po raz kolejny od naszej znajomości, przypominać siebie. Nawet przeklina inaczej, już nie z taką agresją w głosie.

Strasznie obwinia bogów i nikomu się to nie podoba. Niektórzy herosi zaczynają się zastanawiać czy podążanie za Jack’iem do dobra decyzja. Ja również się nad tym zastanawiam. Syn Hermesa jest inny. Nie jest jak kiedyś.

Z tymi myślami krążyłem pomiędzy szarymi, wilgotnymi korytarzami. Im dalej szedłem, tym było wilgotniej, tym bardziej otaczał mnie zapach stęchlizny.

Tęsknię za słońcem, rzadko na nim bywam. Tęsknię za obozem, co mnie samego dziwi. Uznałem, to miejsce całkiem niedawno za schron, a teraz… teraz mi to zabrano, razem z moimi przyjaciółmi. Nie jestem w stanie myśleć o tym jeszcze na chłodno, chociaż minęło już tyle czasu. To ciągle jest krwawiąca rana, która nie daje mi spokoju. Nie jestem w stanie jej zatamować.

Tyle osób tam straciło życia. To była chyba jedna z większych porażek herosów. Nie ma już nas zbyt dużo. Można powiedzieć, że jesteśmy zagrożonym gatunkiem. Część z nas schowała się w 
podziemiach, zostaliśmy zwykłymi szczurami tunelowymi. Chudzi, pogodzeni z porażką, wygnani i zapomniani. Inni buntują się, starają się wmieszać w ludzi i prawdopodobnie giną. Walczą między sobą i próbują siłą przekonać zmizerniałe szczury, to wrócenia do dobrobytu.

Nie ma szansy. Nie ma szansy, kiedy dowódca nie jest w stanie podnieść morałów innych. Powtarzałem to Jack’owi, ale on wydaje się dążyć do tylko sobie znanych celów, które przynoszą jedynie śmierć jego podkomendnych.

Inni to widzą. Te chude szczury zaczynają pragnąć większych kawałków resztek. Zagryzą w końcu dowódcę, który pozwala im jeść tak niewiele.

To także powtarzałem Jack’owi. Ale i tym razem wolał zagnać mnie do roboty.

-Steve?! – Travis podbiegł do mnie i na wstępie kopnął mnie w kostkę – Zawału dostanę przez ciebie, jak słowo daję. Gdzie znowu idziesz? – Jego głos nieco słabszy niż zwykle, Travis ostatnio ciężko zachorował, ciągle nie był specjalnie zdrowy, ale miał się lepiej.
-Chciałem na chwilę wyjść – spojrzałem w głąb korytarza.

Travis złapał mnie za dłoń i zaczął ciągnąć z powrotem do głównej siedziby. Bez większych sprzeciwów szedłem za nim. Miał bardzo ciepłą dłoń, pewnie znowu miał gorączkę.

Kiedy po chwili to do mnie dotarło zatrzymałem się. Spojrzał na mnie niespecjalnie rozumiejącym wzrokiem, a ja musnąłem swoimi wargami jego.

-No nie całuj mnie, tylko chodź – Travis zaśmiał się pod nosem – Zjedz coś, pewnie nic nie jadłeś. 
-W takim razie ty idź do łóżka – pokręciłem głową.

Travis przewrócił oczami.

-Czuję się nieźle – odpowiedział, ale widziałem, że mówił to tylko tak po prostu.

Pokiwałem nie mniej głową, aby nie wywoływać jakiś drobnych sprzeczek. Ostatnio nie mamy dla siebie tyle czasu. Niestety… A wszystko jeszcze zaczyna się komplikować w tym miejscu.


Felicia∞


Odkąd tylko pamiętam wszyscy oceniali mnie po wyborach jakich dokonywałam. 

Nikogo nie interesowało jednak jakie miałam opcje. Chciałabym by ci wszyscy, którzy kiedykolwiek szydzili ze mnie z powodu mojej przeszłości, z powodu tego kim jestem i kim się stałam, mogli wcielić się na choćby moment, jedną chwilę w moje wnętrze. Żeby zobaczyli jak bardzo muszę, być obłudna bezustannie udając. Ukrywając żal, smutek, rozpacz, strach, o to że wszystko się powtórzy, zatoczy koło. Nie życzę najgorszemu wrogowi tego co dzieję się teraz w mojej głowie. Popełniłam błąd. Pozwoliłam by moje dawne przewinienia, przysłoniły mi teraźniejszy cel. Znasz może to uczucie kiedy musisz podjąć ważną decyzję, ale nie wiesz czy postępujesz słusznie? Ja wybrałam swoją drogę, ale wciąż patrzyłam za siebie. 

Odnalezienie Topaza było moją powinnością. Musiałam jednak  liczyć się z tym, że ten którego szukałam, nie koniecznie mógł chcieć zostać znaleziony. Mimo to chciałam go ostrzec. 

Czułam, że muszę zrobić wszystko by ocalić Topaza przed losem tego, który złamał daną sobie samemu obietnicę. Samobójcy, który przekraczając granice rozsądku, dążył do nieśmiertelności. Odkąd tylko sięgał on pamięcią myśl o śmierci doprowadzała go do istnego szału. Nie potrafił przyjąć do wiadomości, że prędzej czy później nastąpi kres jego istnienia. Bał się tego bardziej niż czegokolwiek innego. 
Paraliżujący strach niszczył Nero od środka. Jego pozycja w obozie Jupiter była niezwykle wysoka, a zastęp rzymskich bogów był u jego stóp. Miał wszystko. Poszanowanie, armię poddanych mu herosów i ukochaną, która zawsze była przy nim mimo wszelkich przeciwności. Ani myślał oddać to wszystko bez walki.

 Jako syn Plutona bratał się ze śmiercią i już dawno temu obmyślił plan jak ją oszukać. Samaela poznał osiemdziesiąt pięć lat temu, jeszcze przed moimi narodzinami. Tego felernego dnia, zabijając herosa z sąsiedniego obozu, wpuścił mrok do swojego serca i pozwolił demonowi sobą zawładnąć. 

On pragnął nieśmiertelności, wiecznego życia, spokoju duszy, a Samael chcący jedynie ludzkiego ciała mógł z łatwością spełnić jego prośbę. Zawarli pakt, umowę. Z początku każdy z nich cieszył się wolnością, lecz demon posiadający od teraz własne ciało, zaczął panoszyć się na świecie.

 Zabijał, kradł, plądrował, gwałcił, a wszystkie jego występki, uważane były za dzieła syna Plutona. Nero szybko został pozbawiony funkcji Pretora i wygnany z obozu. Jego bliscy odwrócili się od niego. W ostatnich momentach była przy nim już tylko Makaria, zakochana w nim grecka bogini błogosławionej śmierci, której wspomnienia tlą się we mnie, będąc niemal moimi. Ukazując jego ostatnią chwilę. 

-Żałujesz?- Zapytała delikatnie pochylając się nad jego twarzą.
-Nie. Dzięki tej sytuacji coś zrozumiałem. Śmierć jest przyjacielem i tylko ona jest zdolna przynieść mi teraz ukojenie -Już od dawna nie czuł się sobą. Demon ostatnio bardzo łatwo przejmował nad nim kontrolę. 

W ręku trzymał sztylet, jak gdyby w każdej chwili będąc zdolnym przeciąć nić swojego życia. Powstrzymywała go jedynie lodowata dłoń czarnowłosej bogini. Nadal bał się umrzeć, nie chciał tego, ale nie chciał też ani minuty dłużej być marionetką w szponach Samaela. Całe życie robił wszystko żeby uniknąć spotkania z przeznaczeniem, a w tym momencie pragnął jedynie ponieść karę za wyrządzone czyny. 

Po jego policzku spłynęła łza. Makaria scałowała ją i kiedy bezlitosne ostrze dosięgnęło serca herosa, zesłała na jego powieki nie kończący się sen. Kiedy wydał ostatni dech mimo bólu poczuł wolność pierwszy raz od wielu miesięcy. Czuł, że właśnie tak miało potoczyć się jego życie, że wszystko jest na swoim miejscu.

 Samael wydał cichy jęk opuszczając jego ciało i tym samym odchodząc na zawsze, a przynajmniej tak się wszystkim wydawało. 

Znając tę historię, od dawna wyznaję tylko jedną zasadę: Nie wolno ufać demonom. Przecież morderca w przebraniu prawego człowieka i tak pozostanie mordercą. 

Szukałam Topaza już od wielu dni, polegając na zdolnościach mojego piekielnego Ogara, który łapał trop ze strzępka koszulki, którą znalazłam w jego pokoju. Już od jakiegoś czasu byłam w stałym kontakcie z Oskarem, ponieważ obiecał on, że udzieli mi pomocy. Ostatnio jednak w ogóle się nie odzywał. 

Wcisnęłam komórkę do kieszeni kurtki i rzuciłam na siebie i Ogra czar Mgły, by nie rzucać się w oczy w ruchliwym mieście. Przechodziłam właśnie obok kawiarni, wciągając nosem zapach świeżej kawy, gdy nagle ni stąd ni zowąd zatrzymała mnie czyjaś dłoń. Odwróciłam się powoli, zachowując czujność. 

To była ona. Moja wybawicielka. Tak mi było jej brak. Tęskniłam za nią i dziękowałam bogom za jej obecność. Odciągnęłam ją na bok, gładząc dłonią kaskadę jej pięknych, tym razem  czarnych włosów. Mogła przybrać dowolną postać. Poznam ja zawsze. Bez względu na to jak będzie wyglądać. 

-Co ty tutaj robisz? Przecież wiesz, że zabroniono ci kontaktów ze mną- Powiedziałam w sposób dobitny, lecz czuły.
-Doszły mnie słuchy, że szukasz kogoś kto obdarzył cię uczuciem. Chce pomóc ci w poszukiwaniach. Nie wybaczyłabym sobie gdybyś straciła szansę na miłość -Rzekła nasuwając na nos okulary przeciwsłoneczne.

-Chcę odnaleźć Topaza by pomóc mu uporać się z drzemiącym w nim złem. Uczucia mi nie pomogą, a wręcz będą zawadzać. Dobrze wiesz, że nikt nie może się do mnie zbliżyć.
-Urok rzucony na ciebie nie może ci odebrać wiary w miłość. To największe dobro jakie masz w sercu. Nigdy o tym nie zapomnij, bo to twoja siła - Mówiąc to bawiła się kolorem mojej sukni. Nadając jej na zmianę kolory ciepłe i zimne, a na końcu pozostawiając ją czarną.

 Gdy wspomniała o uroku, mój oddech wstrzymał się na krótką chwile. Nie chciałam o nim myśleć. To był mój sekret, ukrywany od lat, o którym nawet ty nie powinieneś był usłyszeć. 

Na chwilę straciłam władzę w nogach i przewróciłam się na ziemię. 

W głowie dźwięczał mi głos, którego nie zdołam zapomnieć nigdy -„Jeśli już mnie nie miłujesz i tobie nikogo nie zezwolę miłować”. Z mojego nosa pociekło kilka kropli krwi. Wytarłam je, nie zwracając uwagi na nawrót choroby. 
Podniosłam się energicznie i spojrzałam w oczy towarzyszce.

-Możesz mi nie wierzyć, lecz ja cię ukochałam Felicio i nadal żyję -powiedziała całując mnie w czoło. Chciałam wierzyć by było to możliwe, rzeczywistość nie należy jednak do szczególnych łaskawców.
-Jesteś nieśmiertelna. Ciebie żaden urok miłosny nie zrani, bo wszystkie od ciebie pochodzą Afrodyto. Nikomu nie pozwolę cierpieć z mojego powodu. Albowiem to cierpienie tylko mnie się należy. Tylko ja zapłacę karę za popełnione winy. A Topazowi nie mogę pozwolić się zbliżyć. Ani jemu, ani nikomu innemu. Nawet gdyby miłość, którą mam w sercu kiedyś zgasła. 
-Dopóki jestem przy tobie ona nigdy nie zgaśnie. Nie długo odnajdziesz tego kogo szukasz. Niemalże niebawem. Obiecuję Ci to. Wybacz jednak, ale muszę już iść. Jestem umówiona na spacer z Aresem. Chyba nie masz mi tego za złe?-Zapytała z promiennym uśmiechem na ustach, zabierając kawę z tacy, przechodzącego obok kelnera.
-Oczywiście, że nie, Dziękuję ci za czas, który mi poświęciła.- Przytuliłam ja szybko i po chwili już tylko patrzyłam jak odchodzi w tłumie, słysząc stukot jej wysokich obcasów.

 Postanowiłam rozejrzeć się za hotelem by spędzić w nim noc i z samego rana kontynuować poszukiwania. Najbliższy był jakieś pół godziny drogi stąd. Przyśpieszyłam, więc kroku. Myślałam na tym co teraz może robić Topaz. Nad tym czy jest bezpieczny, czy będzie chciał ze mną rozmawiać gdy mnie zobaczy. 

Przez głowę przemykało mi tysiące myśli. Tęskniłam za nim, choć długo nie chciałam się do tego przyznać. Owszem miałam wspomnienia, lecz ich nie można dotknąć, ani przytulić. W tęsknieniu za kimś nie chodzi o czas który minął odkąd ostatni raz się widzieliście, czy rozmawialiście. Chodzi o te momenty kiedy robiąc coś, zdajesz sobie sprawę jak bardzo byś chciał by ta druga osoba była przy tobie. 

Tak bardzo chciałam mu pomóc, nawet kosztem własnego życia. Choć nie rozumiałam czemu. A może po prostu nie chciałam rozumieć?  Afrodyta obiecała okazać mi wsparcie, a ona nigdy nie złamała danej mi obietnicy. Ze spokojem oczekiwałam zapowiedzianego znaku. Otrzymałam go wraz ze wschodem księżyca. 

Dostałam sms z nieznanego mi numeru. Drżącym głosem odczytałam wiadomość: „Wiem gdzie jest naczynie Percussusa. Jeśli mi pomożesz Twój przyjaciel będzie wolny. Proponuję układ. Spotkamy się gdy nadejdzie czas.”- Zamknęłam oczy, dziękując mej wybawczyni za tę wskazówkę. Senna wkroczyłam do recepcji hotelu, chcąc zregenerować siły. Byłam blisko. Czułam to. 

Korzystając z okazji, chciałam jeszcze tylko powiedzieć, że mam nadzieję, że mnie słyszysz Topaz. Ocalę cię. Nawet gdybyś miał mnie potem znienawidzić.

 Gdy wchodziłam po schodach z mojego nosa kapała krew. Mimo iż tego nie chciałam Samael został już przywołany. Dzisiejszą noc spędzę w towarzystwie.

***

Hej, hej! Jezu... jak ja dawno nic tu nie dodawałam. Nah... Ale wreszcie znalazł się czas, paradoksalnie kilka dni przed egzaminami, ale się znalazł. 

No tak czy siak... udało się i wiem, że zawiodłam na całej linii pod tym względem, ale niestety jestem dzieckiem lenistwa i nieszczęścia. Poważnie, raz mi się nie chciało, a w momencie gdy weny był nadmiar były problemy z komputerem. Mam już nowy, więc i mam nadzieję, że po egzaminach będą w miarę normalnie dodawane rozdziały.


*WAŻNA INFORMACJA*

Ostatnia narracji jest pisana przez moją koleżankę Akarisu, więcej jej prac znajdziecie na jej wattpadzie 

niedziela, 20 grudnia 2015

Notka, notka, notka

Lekka informacja 
(dla tych którzy w ogóle jeszcze o tym blogu pamiętają) 




Dzień dobry, a więc. Dobry wieczór. Dobre po południe. Kiedykolwiek to czytacie, tak czy siak...

Tak baaaaaaaaaaaardzo zaniedbałam bloga, a nie będę chciała poświęcać połowy nadchodzącego rozdziału na usprawiedliwianie się, więc (nie)poświęcę na to tą notkę. Głównie chciałam napisać, że już kilkakrotnie poważnie myślałam nad zawieszeniem bloga, sami widzicie, o ile ktokolwiek się tutaj ostał, pomijając ludzi, którzy są "ze mną" na askach (ogólnie jak chcecie sprawdzać czy żyję to mój ask jest tutaj KLIK, aczkolwiek niewiele się z niego i tak dowiedzie, bo... jest dosyć specyficzny) i wiedzą ogólnie, że żyję. Tak czy siak sami widzicie jak minimalną ilość rzeczy tutaj ostatnio dodaję. Kiedy mam czas na pisanie zwykle trafia mnie leń, kiedy nie mam to mam z kolei wtedy wenę, a jak siadam by pisać, wena magicznie wyparowuje. 

No i w sumie nie mam nic więcej na swoje usprawiedliwienie. Może jedynie napiszę, iż widać w moich ocenach poprawę, której być może nie byłoby gdybym skupiła się głównie na blogu, tak jak to miało miejsce w zeszłym roku.

Cóż, nie mogę obiecać tak jak to robiłam w 99,9% przypadków "poprawy", zwyczajnie nie chcę rzucać słów na wiatr internetu. Zdaję sobie sprawę, że już niewielu zostało przy moim fanficu, oraz zdaję sobie sprawę, że ff pisze się co najmniej raz na określony czas, a w moim przypadku teraz wygląda to jak zwyczajny ser szwajcarski, co idzie o odstępy czasowe. Ale mogę obiecać jedną, jedyną rzecz dotyczącą tego bloga i to o czym już pisałam: Nawet jeśli będę myślała o zawieszeniu bloga, nie zawieszę go, dopóki każdy zaplanowany punkt mojej historii nie zostanie odznaczony do ostatniego. Nie mam zamiaru kończyć z pisaniem, dopóki ze spokojnym sercem, nie będę mogła napisać pod pewnym, niedługim pewnie rozdziałem piękne i wyczekiwane "THE END" . 

To jestem w stanie Wam obiecać, ponieważ znam siebie i moje pisarstwo na tyle, aby móc Wam, tym, którzy pozostali przy tym blogu, albo teraz pojawili się na nim, tudzież mogli sobie zacząć przypominać fabułę, iż nie porzucam tego bloga, nawet jeśli milczę. Jestem osobą, która nawet teraz czuje się potwornie głupio pisząc ową informację, notkę, jak zwał tak zwał, ale zwyczajnie za każdym razem wstydzę się, lub targają mną inne podobne odczucia, przed napisaniem informacji o zbliżającym się rozdziale lub informacji, iż ja ciągle żyję. A, więc... jeśli jesteś i czytasz to, wiedz, że nie mam najmniejszego zamiaru odpuścić pisania. Nie wiem co musiałoby się stać, żeby tak było, nie mniej nic takiego się nie wydarzyło, ciągle mam tego bloga do skończenia i nie skończę z męczeniem Was moim ff, póki nie napiszę już wyżej wspominanego "THE END"

No i doszłam do tej chwili w notce, iż zawiadamiam Was, iż w najbliższym czasie, tj. najprawdopodobniej okres ferii świątecznych, pojawi się normalny zwyczajowy rozdział. Nie tamten dziwny, jak ostatnio. Ten, który zwykle pojawiał się w moich zwyczajowych postach. Co tu jeszcze? Istnieje też spore prawdopodobieństwo, że owy rozdział w ramach rekompensaty będzie znacznie dłuższy od zwyczajowych, więc powinniście przyszykować kawę i dużo poduszek, żebyście mieli chociaż wygodne miejsce do spania! 




I hej! Zaraz są święta! W sumie niespecjalnie przepadam za tymi dniami, ale to nie znaczy, że dla innych nie mają być szczęśliwe i radosne, co nie? Więc przy okazji życzę Wam miłych, spokojnych świąt! Jak najwięcej spokoju od tego zwariowanego świata, które każdego dnia pokazuje nam jak bardzo stoi na głowie! 




30 XII 15 



niedziela, 4 października 2015

ROZDZIAŁ 4.a)

Rozdział 4.a)


Spojrzał na nią. Jego szare oczy zmierzyły ją chłodnym spojrzeniem kiedy nieświadoma jeszcze wszystkiego dziewczyna przekroczyła próg sali.

-Dzień dobry – stanęła przy wychowawcy klasy po czym zwróciła się do swoich nowych kolegów – Cześć, nazywam się – większość nie usłyszała jej imienia. Szelest kartek oraz śmiechy za oknem zagłuszyły cichy głos dziewczyny – przenieśli mnie do tej szkoły.

Umilkła. Dziewczyna była drobna, o ładnej  cerze oraz brązowych włosach, splecionych w kucyk. Była tutejsza a jednak wyglądała jakby pochodziła z Indii, miała dziwnie egzotyczną urodę… najdziwniejsze było w niej to, że nie była ani ładna, ani brzydka. Miała duży nos, lekko skośne oczy, bardzo dużo pieprzyków na twarzy. A jednak mimo niedoskonałości zwracała uwagę. Pomimo tego, że nie była doskonała, niemożna było nazwać ją piękną, to jednak coś sprawiało, że chłopaki w tej klasie wytrzeszczali oczy na nową.

Nowa – tak ją zaczęto nazywać. Miała imię, ale wszyscy o nim zapominali.

Bo Nowa, była dziwna.

Nowa często siedziała sama.

Nowa bała się innych.

Nowa ciągle mówiła do siebie.

Chłopak który jako pierwszy spojrzał na nią, był tym nieszczęśnikiem który przy niej siedział. Jego szare oczy uważnie badały ją na pierwszych lekcjach. Oparł szczękę na swojej dłoni po czym zaczął myśleć kim jest Nowa.

Chłopak był samotny. Ale nie był klasowym dziwakiem. Bardziej szarą myszką, która wychylała się tylko czasami. Nie miał przyjaciół – miał znajomych. Nie miał starych –miał rodzinę. Już na tej podstawie można by było stwierdzić, że jest jednak dziwny, nie mniej był tylko dodatkiem do klasy. Nie był popularny, nie był wyzywany… był po prostu zapominany. Zna się z niektórymi ludźmi od wielu lat, a jednak ciągle pytają go o imię.

Nowa spojrzała na niego.

Jej brązowe oczy spotkały jego szare.

Uśmiechnęła się lekko, a jej nieidealne usta wydawały się być wręcz idealne. Chłopak momentalnie spojrzał w okno i zacisnął zęby.

Nie lubił patrzenia się w oczy. Nie lubił Nowej.

Ale ona polubiła jego. Dziewczyna poczuła ukucie w sercu, oraz dziwne uczucie w okolicach brzucha. Zerkała teraz bez przerwy na szarookiego.

W jego głowie zaś buzował ciemny odcień czerwieni. Nie chciał jej wzroku. Nie chciał jej. Nie chciał jej uśmiechu.

Dlaczego na nią spojrzał? Zastanawiał się, czemu ona? Siedziała za blisko.

I od tego się zaczęło.

W nocy.

Chłopak uczył się. Prawie północ, a i tak się uczył.
Przekręcał bezmyślnie kartki, tak to była jego nauka. Jego rodzice dawno już spali. Ojciec jak zwykle na kanapie w salonie, matka w swojej sypialni.

Prawdopodobnie niedługo się rozwodzą – nie obchodziło go to.
Chłopak był wyjątkowo obojętny na wszystko. Liczyło się tylko to, że był stosunkowo wolny.

Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.

Przełącznik od światła wydawał denerwujący dźwięk kiedy chłopak zaczął się nim bawić. Uderzający delikatnie długopis o biurko denerwował jego uszy. Chrapanie ojca z salonu wprawiało go w szał.

Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.

Ciemność. Nawet ekran komputera przełączył się w tryb czuwania. Wiatrak  w komputerze bzyczał. Zepsuty, a jednak nienaprawiony.

Pstryk.

Jasność. Zmrużył oczy kiedy spojrzał w żarówkę. Jasne, sztuczne światło. Nie rozwodził się nad tym. Było i tyle. Jego brak jest nie znośny. Ale światło zawsze jest. Nie interesowało go jak. Po prostu jest.

Pstryk.

Ciemność.
Chłopak wstał od biurka i po omacku szukał swojego telefonu po kieszeniach.

Klik.

Jasność. Telefon oświetlał upiornie twarz chłopaka.

Klik. Klik. Klik. Klik. Klik.

Sms-y: Co było z angielskiego?
Klik.

Usunięte.

Klik.
Smsy-y: Jak się masz?

Klik.

Usunięte.

Schował telefon do kieszeni. Zapełniony bezsensownymi danymi. Nie interesowały go zanadto. Jak się czuł? Okej.

-Ech… -westchnął cicho i zdjął spodnie po czym położył się na swoim łóżku – Nic się nie powinno kończyć. Jedno pytanie tyle odpowiedzi. Nie da się udzielić poprawnej.

Uśmiechnął się do siebie.

W tym samym czasie.

Ludzie to nieskomplikowane stworzenia.

Tak powiedziała zanurzając nogi w lodowatej wodzie. Przeciągnęła się delikatnie.

Była znudzona. Znudzona życiem. Była niby optymistką, niby wiecznie rozgadana… rozgadana? Tak, dużo rozmawiała. Dużo rozmawiała w myślach.

Nie była przyzwyczajona do innych, ale dla chłopaka z ławki chciała zrobić wyjątek, jednak on jej nie chciał.
A jej nie powinno się olewać. Tak przynajmniej powtarzała sobie teraz.

Nowa przejechała sobie kciukiem po swoim nieidealnych ustach i uśmiechnęła się w iście złowieszczy sposób:
-Powinniśmy się poznać… prawda?

Jakiś czas później.

Chłopak westchnął cicho. Słyszał wiatr uderzający o okno. Denerwowało go to. Denerwowały go cienie drzew wpadające do jego pokoju, jak nieproszeni gości.

Pokręcił lekko głową kiedy usłyszał budzik swojego ojca. Już tak wcześnie. Zaraz zadzwoni budzik jego mamy. Później jego. I kolejny dzień zacznie się od nowa.

Przeciągnął się i zaczął stukać coś na telefonie.

Klik. Klik. Klik.

Notatki.

Klik. Klik. Klik. Klik. Klik.

Przeżyć szkołę.

Uśmiechnął się do siebie. A słońce zaczęło już wschodzić. Słońce które wcześniej zaszło.

Zachodzące słońce.

Mruknął tak  do siebie i zachichotał cicho. Coś co już nie istnieje. Ale istnieć za chwilę będzie.
To bezsensowne myślenie, było jednakże dosyć przewidujące i chłopak zdawał sobie sprawę z wagi własnych myśli. Dlatego tego nie powiedział na głos.

Nie powiedział też na głos tego co wiedział, że nadchodzi.

Nie powiedział na głos wielu rzeczy, zachowywał je dla siebie. Dla swojego świata. Wiedział, że w innym przypadku mogą się wymknąć… uciec mu.. zostawić go samego… nie mógł do tego dopuścić, a więc musiał spokojnie obserwować, jak jego myśli stają się rzeczywistością.

Klik.
Ekran telefonu ściemniał.

Chłopak westchnął ciężko i wstał. Nałożył spodnie po czym zszedł na dół… powitał go zapach spalenizny… nic nowego tutaj, więc tylko sięgnął po mleko i wypił większość z kartonu.

To wszystko było… niesamowicie fascynujące. Tak przy najmniej chłopak myślał… jego myśli biegały po różnych wydarzeniach… przyszłych, przeszłych, teraźniejszych.


A tymczasem do jego domu zbliżała się pewna osoba. Na pewno nie chciał jej widzieć… ale ona chciała go tylko poznać… Prawda? 

***

A więc po dłuższym czasie przerwy dodaję rozdział... tak jest bardzo krótki, ale mniej więcej takie będą te... "inne" rozdziały... 

I wiem, że dodaję go znowu z opóźnieniem, ale obawiam się, że teraz już mniej więcej tak będzie... szkoła męczy, a ja jestem już w ostatniej klasie i jeśli nie poprawię się z nauką niestety będę miała spore problemy za rok.. mam nadzieję, że jakoś to zrozumiecie... Nie mniej postaram się w zamian pisać dłuższe rozdziały

Trzymajcie się! 

piątek, 25 września 2015

Kolejna informacja!

Dobra... 1...2...3...

REAKTYWACJA! 

Tak! Koniec lenienia się z mojej strony! Właśnie zabieram się za kończenie rozdziału i mam nadzieję, że dodam go jeszcze w ten weekend!
Niemożna się tak długo lenić.... Przepraszam, że dopiero teraz o tym piszę, ale trzeba było skupić się na nauce, skupiłam się, więc teraz trzeba skupić się na pisaniu ^^

Na wstępie chciałam też ogłosić kilka spraw:

  • Co jakiś czas na blogu pojawiać się będzie... mh.. nazwę to inny rozdział. Będzie to rozdział pisany w trzecioosobowej narracji, oraz będzie powiązany z innymi rozdziałami, ale o tym dowiecie się później
  • Mniej ważna informacja, zmieniłam nazwę. Od teraz jestem "Ashi", zmiana taka, ponieważ po prostu skoro już prawie wszędzie używam właśnie niej, to czemu by nie tutaj.
  • Wszystkie ważniejsze pytania, albo po prostu kontakt ze mną znajdziecie na moim asku, spokojnie nie gryzę, a i pytania mogą być z anonima, niemniej wolałabym bez niego, ale znam życie. Link do aska znajduję się tutaj: KILK
  • Być może niedługo pojawi się jeden, niewielki one-shot, kompletnie niezwiązany z niczym na tym blogu, ale myślę, że mnie nie zabijecie
  • Mam nadzieję, że ci którzy zostali tutaj wybaczą mi moje wielkie lenistwo oraz to, że szkoła jednak nie była dla mnie miła na początku ale stwierdziłam, że jeśli teraz nie zacznę to z braku czytelników będę musiała zakończyć pisanie

Dziękuję i życzę wam udanego dnia, popołudnia, nocy, kiedy to tam czytacie :3 


niedziela, 9 sierpnia 2015

Drobna informacja!

Tak ludu... powinnam to napisać kilka dobrych tygodni temu, ale kurdeble... lenistwo poziom veeery hard...

Spokojnie to nie jest informacja z cyklu "Kończę bloga" *muzyczka grozy*
Nie... Nie... Nie...

Chciałam tylko napisać, że w wakacje postanowiłam mieć przerwę, delikatną bo delikatną, ale jednak. A, że wakacje się już powoli kończą *marsz pogrzebowy* więc wracam do pisania ludzie! Oczywiście podejrzewam, że większość z was już odpuściła sobie czytanie tego bloga, ale jeśli jednak to czytasz to ten... dziękuję, że być może ciągle czekasz na rozdziały ^^ Postaram się napisać kolejny jak najszybciej, a później wrócić do normalnego trybu pisania xD

To takie w uj nielogiczne, że w wakacje mam mniejsze chcenie do pisania niż w trakcie roku szkolnego :/

Tak czy inaczej, trzymajcie się ludu i jeśli macie jeszcze toćku cierpliwości to niedługo powinien pojawić się rozdział!

Pozdrawiam i życzę miłego dnia, nocy, wieczora, kiedy to tam czytacie ^^

poniedziałek, 29 czerwca 2015

ROZDZIAŁ 3.



Rozdział 3.     Mały pokaz


Ж OSCAR Ж


Luca spiorunował mnie nieco bardziej trzeźwym spojrzeniem. 

-Chciał prosto z mostu – odpowiedziałem poważnie i upiłem łyk kawy. 

Theo mrugał szybko oczami, otworzył usta chcąc coś powiedzieć. Nie patrzył na mnie jak na skończonego debila, co było w sumie nie na miejscu. Wiedziałem jak to zabrzmiało i spodziewałem się, że Theo wstanie, grzecznie podziękuje za kawę, wyjdzie i zadzwoni po psychiatrę. A tym czasem to ja zacząłem się nad tym zastanawiać. 

Theo parsknął śmiechem. I to nie jakimś cichym wyrażającym rozbawienie sytuacją, śmiał się tak głośno, że odnosiłem wrażenie, że przyjdzie zaraz ktoś z obsługi by zwrócić nam uwagę.
Chłopak ledwo siedział, praktycznie przed upadkiem na podłogę ochraniało go to, że po kilku minutach oparł czoło o stół i śmiech miał nieco stłumiony. 

Luca patrzył na niego jak na skończonego wariata, po czym zaczął bawić się łyżeczką w swojej pustej już filiżance po kawie. Chrząknąłem cicho. 

W czasie gdy Theo próbował opanować głupawkę ja rozejrzałem się po kawiarni. Zawsze ją lubiłem, ładnie wyglądała, nawet w zeszłym roku po szkole lubiłem tu przychodzić poczytać przy jakimś ciastku czy kawie, z perspektywy czasu stwierdzam, że chodzenie tutaj samemu nie było dobrym pomysłem, nie mniej... potwory niespecjalnie zdają się lubić to miejsce także, nie jest tragicznie.
Dzisiaj było jakoś mało osób. Jakiś chłopak naprzeciwko naciągnął właśnie kaptur na głowę, wydawało mi się, że go znam ale przez kaptur i dzielącą nas odległość nie byłem tego w stanie stwierdzić, widziałem jedynie z lekka denerwujący, złośliwy uśmiech, więc natychmiast darowałem sobie patrzenie się w jego stronę. Obok niego dosiadła się właśnie jakaś dziewczyna o płomiennie rudych włosach, zdawała się z nim flirtować, ale chłopak nawet nie patrzył w jej stronę. 

Jakoś po prawej kilka stolików dalej siedziała jakaś para. Dziewczyna o czerwono-pomarańczowych włosach, patrzyła się zawstydzonym wzrokiem w podłogę, zaś chłopak o brązowych krótko, ściętych włosach, z okularami na nosie, patrzył się na nią jak na bóstwo i mówił coś przyciszonym głosem.
A tak po za nimi nie widziałem nikogo interesującego. 

-Oscar… jesteś jednak zabawny – powiedział przyciszonym i zmęczonym od śmiechu głosem. 

Spojrzałem na Theo. Ocierał właśnie oczy i szczerzył zęby jakbym powiedział mu dobry dowcip. Przyznaję, że wiedziałem, że mi nie uwierzy, ale nie spodziewałem się śmiechu z jego strony. 

-A mówiąc nie prosto z mostu – zacząłem – Twojemu życiu zagraża niebezpieczeństwo. Jesteś synem boga lub bogini, tak samo jak ja czy Luca. Powinieneś nauczyć się walczyć.
-Długo nad tym myśleliście? – Zaśmiał się słabo – Wiecie, ja lubię żarty i w ogóle, ale… no sorry ale nie teraz.
-To nie są żarty – westchną Luca – Właściwie to jesteśmy poważni.
-No bez jaj! – Theo upił łyk swojej kawy – Oscar, wolę jak udajesz… jesteś kujonem. Nie żartuj, nie wychodzi ci to. Tobie Luca też.
-Dlatego, że to nie są żarty, Theo. Tamta kobieta…
-To pewnie jego koleżanka – wskazał na Lucę – On ma dziwnych znajomych.
-Nie mam koleżanek wśród bogów – odpowiedział Luca bawiąc się łyżeczką. 

Theo strzelił minę pod tytułem „Żartujesz sobie ze mnie?”, po czym rzucił mi jeszcze błagalne spojrzenie. Ja tylko pokręciłem głową i odparłem:

-Rozumiem, że nam nie wierzysz – poprawiłem okulary – W zasadzie to nie jest nic dziwnego. Ale musisz przyznać, że jakieś momenty w twoim życiu niekoniecznie były normalne. 

Theo wstał z miejsca i obrzucił nas wściekłym spojrzeniem.

-Jestem normalnym chłopakiem! –Otwartymi dłońmi walnął w stolik – Mam normalne życie! 
Skończcie z tym idiotycznym żartem! 

Luca złapał Theo za rękaw. Wzrok niemal wszystkich osób był skierowany w naszą stronę. Świetnie. Wspaniały sposób na nie zwracanie na siebie uwagi. 

Dopiłem spokojnie kawę, podczas gdy Theo patrzył na mnie spode łba. 

-Theo – westchnąłem w końcu – zdaję sobie sprawę, że w twoich oczach wychodzi to na mało wyszukany żart, jednakże… radziłbym ci dokładnie przeanalizować ważne momenty w twoim życiu. Zobaczysz, że nie miałeś aż tak normalnego życia. 

Wstałem z miejsca położyłem pieniądze na stoliku po czym pożegnawszy się tylko skinięciem głowy wyszedłem z kawiarni. 

Znowu lało, więc otworzyłem parasol. Jesień to naprawdę melancholijna pora roku. Kojarzona przede wszystkim z dbaniem o pamięć zmarłych, stała się również symbolem smutku, przygnębienia. A szare ulice tylko dodają pesymizmu. 

Chyba trzeba być naprawdę wielkim optymistą aby nie mieć chociaż jednego depresyjnego dnia. 

-Yo, Oscar! – Usłyszałem jak drzwi kawiarni zamykają się z lekkim trzaskiem. 

Nie musiałem się odwracać. 

Matt… nie mieszkał wcale tak blisko. Nie miałem pojęcia czemu jest w tym miejscu. A nawet jeśli chciałoby mi się przeanalizować dzisiejszy dzień i w końcu stwierdzić co mógłby tu robić to niespecjalnie mi się chciało. 

Stanął przede mną i wsadził dłonie w kieszenie. To był ten facet w kapturze, do którego przykleiła się tamta dziewczyna. Wiedziałem, że skądś go kojarzę! Ech… trzeba dorobić lepsze szkła do okularów. 

-Cześć – odparłem obojętnym tonem – Co chcesz?
-Długo bawisz się w taką niańkę dla herosów? Co? Di Carlo? – Zaśmiał się.
-Chodzą ze mną do szkoły… ba! Do klasy – spojrzałem na niego znad okularów.
-Wiesz, że teraz jak zna prawdę, niespecjalnie będzie mógł się odgonić od potworów? – Matt przetarł oko. 

Kiwnąłem powoli głową. 

Naturalnie, że zdawałem sobie sprawę z takiej kolei rzeczy, ale… nie o to chodziło. Herosi nie mają teraz na karku tylko potworów:
-Miał boginię w ogródku.
-Jak słodko – Matt wyszczerzył kły – Zaprosiła go na herbatkę? Zaproponowała podwieczorek?
-Chciała go zabić.
-Czyli jak zwykle – westchnął Matt z udawanym smutkiem – Słuchaj Oscar niespecjalnie wydajecie się interesujący kiedy wiecznie was coś atakuje. Ta rutyna jest cholernie nudna. 

Zmrużyłem oczy. 

-A co z tobą? – Spytałem 

Matt spojrzał na mnie pytająco. 

-Pytam czy ciebie nic nie atakuje? Nie jesteś całkiem człowiekiem. Właściwie to patrząc na ciebie nie jesteś nim w ogóle.
-Jestem – wyszczerzył kły – W nieco mniejszym stopniu. Ale jestem człowiekiem. Pachnę jak człowiek. Potwory mają mnie w dupie – zaśmiał się gorzko.
-Czemu brzmisz jakbyś żałował? – Pokręciłem głową. Doskonale wiedziałem czemu… Chciałem się tylko przekonać czy dobrze rozgryzłem tok jego myślenia.
-Być może tak jest – wzruszył ramionami i spojrzał w niebo pozwalając kroplom deszczu spadać swobodnie na jego twarz – Być może mi się nudzi. 

Zazdrości

Uśmiechnąłem się pod nosem. 

-Matt… nie mam cierpliwości do… jak to nazwałeś, niańczenia herosów. Jeśli chcesz możesz ich przekazać SPO – wzruszyłem z obojętnością ramionami. 

Śmiech Matt’a zdawał się rozbrzmiewać po całej ulicy. Przenosić wraz z kroplami deszczu coraz dalej i dalej. To nie był normalny śmiech. Nie był wesoły. Ten był pełen drwiny, sarkazmu, znudzenia całym światem. Brzmiał jakby osoba go posiadająca była obłąkana… na dobrą sprawę tak właśnie było. 

-Oscar ja nie robię nic za darmo – przetarł lewe oko – Tamci nie są interesujący. Obserwowałem ich. Zwyczajni, nudni herosi, od nudnych bogów. Potrzebuję czegoś co mnie rozerwie… Kogoś bardziej interesującego i ty wiesz o kim mówię. 

Westchnąłem ciężko. Domyśliłem się o kim mówi. Wszyscy ważniejsi herosi dostali teraz bzika na tym punkcie… i teraz wychodzi, że nie tylko herosi. 

-Nie mam pojęcia gdzie on jest – odpowiedziałem.
Matt mrugnął do mnie i powiedział nieco przyciszonym tonem:
-Tak naprawdę każdy z was wie. 

Zmarszczyłem czoło. Nie do końca wiedziałem o co dokładniej chodziło Matt’owi… znaczy domyślałem się ale czy dokładnie mówił o tym? 

-Tamta dwójka… - spojrzał w kierunku kawiarni – Ten mały nie wie kim jest, prawda?
-Teraz już wie, jak już było mówione – poprawiłem okulary.
Matt pokiwał głową po czym warknął mi do ucha.
-Pobawię się w niańkę, Oscar. Zaopiekuję się nim.
-To nie jest taki dobry pomysł – wycedziłem – Szczególnie w twoim wykonaniu, Matt.

Wyszczerzył w odpowiedzi kły, a ja poprawiłem raz jeszcze okulary. Matt wydawał się być czymś naprawdę rozbawiony.

-Matt – westchnąłem ciężko – Zajmij się swoim życiem.
-Jasne. Właśnie to robię – zaśmiał się głośno – Mam nadzieję, że masz przy sobie miecz. 

Pokiwałem głową i mechanicznie rozejrzałem się dookoła, ale nie było nikogo. Matt wzruszył ramionami po czym poprawił kaptur i wyszeptał:
-Poczekam na nich. Wracaj do swoich czterech ścian.
-Nie podoba mi się twoja dobroduszność. Ale masz rację – zrobiłem kilka kroków w stronę ulicy – Na tym kończy się moje zadanie… jeśli tak to nazwać.
-Ta… Cześć, Oscarku – zaśmiał się głośno.
-… Hej – warknąłem i przeszedłem przez ulicę.

Ж Ж Ж


Zatrzymałem się przy jakiejś budce z napojami kupić wodę aby popić tabletki na ból głowy. Pogodna ciągle była jaka była przez co moje zdrowie wariowało jak cholera… z resztą nie było z nim jakoś specjalnie dobrze ostatnio.

Nie wiem czemu przełykając proszki zastanowiłem się co z innymi herosami. Z Jack’em, Percy’m i pozostałymi… Starałem się nie utrzymywać z nimi kontaktu, robili wokół siebie niepotrzebne zamieszanie, a ja chyba potrzebowałem najbardziej teraz spokoju. Być może przyczyniło się to do tego, że stałem się jeszcze większym odszczepięcem od pozostałych ludzi czy herosów, ale niespecjalnie miałem ochotę na przebywanie w czyimś towarzystwie. Nawet zwykła szkoła była czymś przypominającym katorgę. 

Ale to teraz nie miało znaczenia… Tylko kiedy odszedłem od budki, coś z głośnym świstem przecięło powietrze koło mojego ucha, a ja w ostatnim momencie dobyłem miecz (a dokładniej rzecz ujmując zmieniłem parasolkę w broń)…

◊TOPAZ◊


Durny Percussus… Ja wjem, że jego charakter jest jaki jest i po części to rozumiem, ale ja na drugi dzień chciałbym być w stanie używalności do czegokolwiek, a z niezliczoną ilością siniaków, malinek, zadrapań, ugryzień, boli mnie całe ciało. 

Gdyby nie nasza… niech będzie kuźwa przeklęta… umowa już dawno popadłbym chyba w czarną rozpacz. Percussus jest… zbyt nachalny, agresywny, wkurzający…

Kociaku, znajdź ładniejsze określenia. 

Zignorowałem. 

Wkurzający, wydaje mu się, że należę do niego i…

A tak nie jest, kociaku? 

A teraz nawet nie jestem w stanie temu zaprzeczyć. Ja chyba te kilka miesięcy temu naprawdę byłem większym durniem niż jestem teraz. 

Bez przesady kociaku.
Jest mi zimno. Rozwaliłeś mi koszulę w środku jesieni. Wszystko mnie boli. A ty jeszcze nie umiesz się zamknąć. Proszę zamknij się. Chciałbym mieć czas na inne problemy, niż fakt, że nie umiem się teraz ruszyć.
Poczułem rozrywający ból głowy i po chwili Percusus siedział na ziemi obok mnie. Spojrzał na mnie chłodnym wzrokiem, a ja tylko musiałem skłonić głową. Nienawidzę siebie za to, że w zamian za ochronę oddałem resztki swojego własnego zdania. Jestem jak w bardzo ciasnej klatce z kolcami skierowanymi w moim kierunku. Jeden ruch i mogę się nadziać. Naturalnie teraz miałem ogromną ochotę zdzielić demona po tej jego zapchlonej gębie, wygarnąć mu ostatnie miesiące, a przede wszystkim uciec jak najdalej od niego… tylko, że tego zrobić nie jestem w stanie. 

To jest tak jakby próbować nie myśleć. Przez jedną chwilę „łał cisza”, ale zaraz, przecież właśnie pomyślałeś o tym, że nie myślisz. Z Percussusem jest podobnie, przez chwilę jest „łał uwolniłem się”, a w drugiej chwili zdaję sobie sprawę, że przez cały ten czas trzymał mnie za nadgarstek.
Demon zwijał się teraz ze śmiechu, a ja gapiłem się w gwiazdy. Nigdy nie mieszkałem na wsi, właściwie to byłem w takim miejscu może dwa razy… dziwna jest ta cisza. Przyzwyczaiłem się do szumu samochodów, do świateł latarni ustawionych w niewielkiej odległości od siebie, do ludzi gadających o wszystkim i o niczym, do grupek pijaków lub nastolatków po imprezach. 

Ty była dziwna cisza. Niby nie całkiem cisza. Niby nic. Ale to miejsce nie zdawało się krzyczeć w ciszy. 

-Za dużo myślisz kociaku – Percussus przejechał pazurem po moim policzku, zostawiając na nim krwawy ślad – Powinien wystarczyć ci fakt, że jesteś bezpieczny i jesteś z daleka od dziewczyn robiących ci z mózgu sieczkę. Nie uważasz?

Złożyłem ręce na swojej lodowatej już piersi i wycedziłem przez zęby:
-Nigdy nie mówiłem, że chcę być znowu odludkiem. 

-Pasowało ci tamto życie kociaku – objął mnie ramieniem i zmusił abym oparł swoją głowę o jego ramię – Prawda? Znowu tylko ty i ja, kociaku – szeptał mi do ucha – Tylko ty się liczysz, kociaku. A ja cię obronię za wszelką cenę, kociaku.
-Tak… I rozumiem, że spalisz Exidium.
-Niewykluczone kociaku – zaczął bawić się moimi włosami – Tkną cię… a zginął. Gonią cię, a zabiję przy nadarzającej się okazji. Spróbują ci coś powiedzieć, a rozerwę ich języki na strzępy.
-Tam jest Jackson – zamknąłem oczy.
-Zginie – Percussus zaśmiał się głośno.

◊ ◊ ◊


Kiedy otworzyłem oczy było już jasno, byłem przykryty jakąś bluzką, a po Percussusie nie było śladu… po za tym, że wiedziałem, że obecnie przesiadywał w mojej głowie. 

Nałożyłem to czym mnie przykrył po czym rozejrzałem się dookoła. Byłem w polu… dosłownie, w nocy jakoś niespecjalnie przykładałem do tego uwagę, teraz zaś byłem na dokładkę poraniony przez trawę… muszę naprawdę śmiesznie wyglądać. 

Percussus się nie odzywał więc pewnie spał, a ja nie miałem zamiaru zostać tutaj dłużej niż konieczne. Musiałem być ciągle w ruchu… bo być może ciężko w to uwierzyć, ale wkurwiony Ares, wkurwiona Atena, Exidium oraz inni herosi, którzy wszyscy mają ochotę mnie zabić nie jest sprzyjającym czynnikiem do odpoczynków. 

Ledwo co byłem w stanie się poruszać, każdy krok sprawiał, że moje ciało zdawało się stawać w płomieniach, ale po kilkuset krokach nie potykałem się o własne nogi tak często i udawałem, że w miarę normalnie chodzę. 

Percussus ciągle spał. 

Zastanawiał mnie fakt czemu w takim miejscu nie ma potworów. Czyżby fakt, że jest niewiele osób sprawiał, że potwory unikają tego miejsca? A może trafiłem na miejsce w którym potwory nie lubią przebywać… Ale czy ja mam takie szczęście? Prawdopodobnie po prostu właśnie z kilkadziesiąt za mną idzie. 

A on ciągle spał. 

Wieczne chowanie się za nim wcale nie jest czymś co specjalnie lubię. Właściwie to tego nienawidzę. Chciałbym pokazać mu kiedyś, że jestem silniejszy niż wyglądam. Umiem się bronić. Ale on tylko to swoje „kociaku”, tym swoim przesłodzonym, a i tak zimnym jak lód głosem. Może mnie bronić przed ludźmi… jako demon jest do tego stworzony, ale ja jestem w stanie walczyć z czymś co prześladuje mnie od małego. 

Kociaku… -  przerwał tok moich myśli – Zamknij się.
Percussusie… - westchnąłem – Śpij jak spałeś.

Demon tylko zachichotał, a ja rozejrzałem się. Dookoła mnie były jakieś domki, jakiś sklep jeden i kompletnie nie zachęcający do wejścia do niego. 

Ludzie gapili się na mnie jak na przybłędę, którym oczywiście byłem, ale musicie dobrze znać takie spojrzenie aby zrozumieć jak bardzo mnie ono drażniło. 

Percussusie… gapią się na mnie – wycedziłem – Nie cierpię tego.
Oh, kociaku… ja nic z tym przecież nie robię.
Przestań.
Ale to zabawne jak wszyscy…
Przestań powiedziałem! 

Wzrok wszystkich nagle skupił się na ziemi, a ja odetchnąłem z ulgą. Percussus tak lubi… lubi jak ludzie się na mnie gapią, jak oblepiają mnie wzrokiem… ja tego nienawidzę… a on to kocha. 

A tam od razu kocha, kociaku – zaśmiał się głośno – Kocham tylko ciebie… K-o-c-i-a-k-u…
Wiem, Percussus… Zdaję sobie z tego sprawę i ci współczuję. 

Percussus wybuchnął śmiechem, chciałem mu coś jeszcze powiedzieć, żeby dobitnie go zamknąć, ale wtedy poczułem jak ktoś puka mnie w ramię. 

Miałem ochotę bez odwrócenia się zdzielić tę osobę w pysk, ale coś mi mówiło, że to nie będzie najlepszy pomysł, dlatego natychmiast się odwróciłem. 

Przede mną stała dziewczyna, o wielkim biuście… ale w zasadzie nie powinienem gapić jej się najpierw na cycki, bo dopiero po chwili zdałem sobie sprawę jak reszta wygląda przerażająco. Była blada, niemalże przeźroczysta, jej twarz była lekko zasłaniana przez długie, krucze włosy, ale… przerażały mnie jej oczy… całe czarne, nawet białka. 

Uśmiechnęła się odsłaniając rząd ostrych zębów. Cofnąłem się lekko, dotykając dłonią swojego amuletu. Miałem zamiar liczyć do trzech, aby wyjąć miecz i zaatakować potwora ale…
Percussus się śmiał. Nigdy nie śmiał się kiedy byłem w niebezpieczeństwie, a po chwili, ciągle się śmiejąc wykrzyknął:
Pride! Skończ udawać dziewczynę! Ni w cholerę ci to nie pasuje, mój mały, mały braciszku. 

-Skąd wiedziałeś – w mgnieniu oka zamiast dziewczyny pojawił się chłopak, wyglądający na mojego rówieśnika – Że to ja, kundlu?

Obok mnie pojawił się Percussus. 

-Jesteś chyba zbyt dumny, żeby przyznać, że ta sztuczka ci drugi raz nie wyjdzie – zaśmiał się i zmrużył oczy.
-Wiesz co Percussus? Wolę takie sztuczki niż ten rozpierdziel co zrobiłeś ostatnio –Pride wzruszył ramionami i machnął kilka razy ogonem… zaraz… ogonem! – Rozwalić dom herosów… - uśmiechnął się złośliwie – Ja wiedziałem, że z tobą będą kłopoty.
-Pride… ja znam cię od kociaka – Percussus zaśmiał się głośno – Z tobą z resztą też nie było lekko. Katastrofy lotnicze, co, Pride? 

Westchnąłem ciężko. Ogarnąłem oczywiście, że ten cały Pride jest kolejnym Fonosem… kolejny znajomy Percussusa… Czemu mam złe przeczucia?

-Śmiertelnicy śmiesznie spadają – powiedział rozmarzonym głosem – Tak czy inaczej po co tutaj przylazłeś z kotem?
-Kotem? – Wycedziłem – Nazywam się Topaz i jestem…
-Kociakiem – przerwał mi Percussus – To jeszcze niedojrzałe – wybuchnął śmiechem.
-Percussus mam dziewiętnaście lat.
-Matt ma dwadzieścia a zachowuje się jak pięciolatek.
Wzdrygnąłem się lekko.
-Po cholerę mi o nim przypominasz?!
-Wiesz kociaku…
-Jesteście już małżeństwem mam nadzieję – westchnął Pride – Słuchajcie… to miejsce jest moje. Ludzie są moi. Zwierzęta są moje. Nawet ta zasrana ziemia jest moja. Nie pisałem się na bękarta matki oraz kundla. 

Percussus wybuchnął szalonym i lodowatym śmiechem, aż zdawało się, że nawet wiatr przestał na chwilę wiać pod wpływem tego dźwięku. 

-Przyszliśmy tylko do starego znajomego.
-Tak myślałem – Pride wyszczerzył rząd ostrych zębów – Kochany… przywitaj się. 

I wtedy zza Pride’a wyłonił się ktoś kogo kompletnie się nie spodziewałem…

-Ogień daje światło. Zabija ciemność. Ale i tak zawsze będzie ciemno. Ogień nie pomógł. Ogień tylko na chwilę ją powstrzymał. Będzie ciemno. Nie chcę…

≈THEO≈


Nie rozumiem czemu gadałem z pierwszym lepszym zakapturzonym facetem, który powitał mnie szerokim uśmiechem i powiedział, że jest piękna pogoda. Padał deszcz… faktycznie piękna. Pewnie to diler, więc żyję na krawędzi. Ale Luca nic nie mówił, z resztą co miał mówić… znowu był niespecjalnie obecny. 

Chłopak w kapturze przedstawił się jako Jupiter. Albo jest maniakiem mitologii, albo ma podwyższone ego, z czego jedno nie wyklucza drugiego. Nie miałem specjalnie nastroju na gadki z nieznajomymi, ale Luca mówił, że mam w ogóle nie gadać z nikim to chciałem mu zrobić na złość… A co!

-Gadałeś z Oscarem – Jupiter uśmiechnął się odsłaniając dziwnie zaostrzone kły… może to wampir? – Ten okularnik strasznie dużo pierdoli, nie uważasz?
-Trochę bardzo – zaśmiałem się, a Jupiter rzucił mi jakieś dziwne spojrzenie.
-Wiesz czym jest cyklop?

Zmrużyłem oczy. No kolejny… Ja wiem, że mitologia jest okej, ale kurde to już było! Przecież już wiadomo, że nie ma bogów, jest Bóg, nie ma mitologii jest Biblia! 

-Wiem – odparłem jednakże – Takie cóś bez takiego czegoś z takim czymś – wzruszyłem ramionami.
-A konkretniej z jednym okiem – Jupiter obrócił mnie w drugą stronę – Nie zbyt przystojny co nie?
Nawet niecenzuralne słowa nie były w stanie opisać mojego zaskoczenia…

Normalnie czułem się jakby ktoś uderzeniem dłoni rozwalił mi grunt pod nogami, serce waliło mi jak młotem i po prostu jak ostatni kretyn gapiłem się w górę. 

Zaraz przede mną stał… jakiś obrzydliwy, olbrzym, z równie obrzydliwym jednym okiem po środku brudnego czoła. Śmierdział gorzej niż stadnina i ogólnie niespecjalnie mnie zachęcał do wyciągnięcie dłoni w jego kierunku i przedstawienia się. 

Luca zmrużył oczy i westchnął ciężko, zaczął bawić się swoją torbą, przewieszoną przez ramię, zaś ten cały Jupiter poklepał mnie po ramieniu i wycedził do ucha:
-Tak, to jest cyklop. Myśli wolniej niż większość osób w twoim wieku, więc możesz nawet spróbować ograć go w szachy… o ile uda ci się go zmusić do zagrania w coś tak „durnego” – zaśmiał się dosyć melodyjnym tonem i zdjął kaptur. 

Nie przyglądałem mu się jakoś specjalnie długo, wiecie ludzi widuję na co dzień, a coś takiego… nie mniej mignęło mi przed oczami, że jego włosy mają nienaturalny kolor. 

Świetnie… może powinienem być bardziej religijny i zacząć się modlić? Czemu by nie? To nie taki głupi pomysł! Jezu, a mogłem być grzecznym, wierzącym chłopaczkiem, siedzieć teraz z babcią i czekać na mszę… 

-Spokojnie – warknął Jupiter w kierunku Luci – Wiesz? Zrobię wam mały pokaz! 

Jupiter gwizdnął, a cyklop zwrócił swoje, ogromne, obrzydliwe, brązowe oko w jego kierunku.
Jupiter wyciągnął z kieszeni nóż wielkości taska… albo tasak przypominający nóż… w zasadzie czy to jest jakaś różnica? Właśnie gadałem z chłopakiem, który gania po mieście z cholernym tasakiem! Czemu nie mam normalnych znajomych?! 

-Heeeeeeej olbrzymie! – Ryknął Jupiter machając tasakiem jakby nigdy nic – Zatańczymy? 

Czemu ja musiałem sobie to wyobrazić? Nieważne… 

Tak czy inaczej Jupiter rzucił się w kierunku cyklopa, tamten zamachnął się czymś w rodzaju ogromnej deski, z ostrymi i zardzewiałymi gwoździami ale każde uderzenie Jupiter zgrabnie unikał. Właściwie to jego wyczyny wyglądały jakby nic innego od dziecka nie robił, tylko unikał ataków zmutowanych, przerośniętych ludków. 

Zastanawiałem się czemu ludzie z kawiarni kompletnie nie reagują, ale moje rozmyślania przerwało dosyć mocne łupnięcie plecami w drzewo… no to dalej się już nie cofnę. 

A Jupiter ciągle bawił się w kotka i myszkę, a ja nie miałem pojęcia na czym skupić wzrok, gdyby moje nogi nie postanowiły nagle mieć własnego zdania podejrzewam, że zwiewałbym już teraz najdalej jak to możliwe, ale… 

-Rety, potworze! – Luca krzycząc to z jakiegoś powodu nie patrzył się na cyklopa a prosto na Jupitera – Rozwalicie ulice! Pomóc w tym?!
-Nie słyszałeś, że do tanga trzeba dwojga, synu Hypnosa?! – Jupiter zaśmiał się i po raz pierwszy zaatakował bronią. 

Przeciął skórę na kostce potwora. Cyklop chyba nawet tego nie zauważył, ale zamiast krwi z jego rany wysypywało się coś w rodzaju czarnego pyłu… Ja będę miał koszmary jednak…
W końcu gdy cyklop w wyniku rany potknął się i upadł na jedno kolano Jupiter podskoczył i jednym solidnym uderzeniem poderżną potworowi gardło… Chwilę później cyklop zniknął, a Jupiter otrzepywał się z czarnego pyłu.

-Oklaski? – Ukłonił się jak na zakończenie seansu i schował tasak – Rozumiem. Tak czy inaczej cyklopami nie musisz się specjalnie przejmować – uśmiechnął się w jakiś dziwny sposób.
-Żartujesz? – Pokręciłem głową – Ja… Jasna cholera… kompletnie nic… nic nie ogarniam! 

Jupiter wzruszył ramionami i ponownie nałożył kaptur. 

-W zasadzie jeśli taki pokaz ci nie starczył… jeśli ciągle nie wierzysz własnym oczom… To ja nie chcę marnować swojego czasu.
-Wierzę w to co zauważyłem… ale kuźwa no… nie ogarniam!
Jupiter zaśmiał się i pochylił się nade mną po czym wycedził mi do ucha:
-Na dzisiaj kończę pokaz. Ale popatrzę na twój dom, być może nawet pierwsze wybite okno będzie moim wyczynem.
-Robisz sobie jaja mam nadzieję?
-Jak wolisz – zaśmiał się i poszedł jakby nigdy nic przed siebie. 

What the fuck?! Tylko to mi teraz przechodziło przez myśl… What the fuck?!

≈ ≈ ≈



Rzucanie piłeczką w ścianę nie jest pasjonującą rozrywką i w ogóle, ale moje myśli ganiały po głowie bardziej niż zwykle, a takie rzucanie w ścianę pozwalało mi się skupić. Raz po raz przestawałem aby sprawdzić sms-y. Vanessa postanowiła podać mi swój numer telefonu i teraz nie muszę ruszać dupy aby włączyć komputer i po prostu wystukuję na telefonie. 

Ona jest na serio dziwna. Jakby wiedziała, że stało się dzisiaj coś dziwnego. Opowiedziałem jej, myśląc, że tym razem uzna mnie za wariata. Ale nie… napisała, że rozumie i tyle. I to wcale nie wyglądało na rozumiem z cyklu „Hahhahaha… jaki wariat”. Cholernie ją lubię, ale chyba powoli mnie przeraża. Albo dzisiejsze wydarzenia jakoś mi za bardzo mącą w głowie. 

Nie zdążyłem złapać piłki i potoczyła się gdzieś po podłodze, walnąłem więc głową w poduszkę i westchnąłem ciężko. 

Herosi.

Potwory.

Bogowie. 

Jupiter.

Oscar.

Luca.

Kuźwa co tutaj się dzieje? Czy zawsze tak było? Nie! Czemu nagle ktoś mi wmawia, że moje życie było inne od innych?! Było normalne! Jestem normalnym nastolatkiem! Powinienem mieć normalne problemy! Jakim cudem w ciągu dwóch dni nagle wszystko się zmieniło?!

Jestem herosem? To jakieś bzdury! Nie mógłbym być czymś co nie powinno istnieć! To jest takie… bezsensu!

Mama wołała mnie na kolację, ale nie chciało mi się wstawać. Jutro szkoła… tak to będzie problem mojego dnia! Nie to, że zaatakował mnie… no dobra nie mnie… jednooki olbrzym! Szkoła to największy potwór i na tym pozostańmy. 

Telefon zaczął brzęczeć, wyświetlił numer który nie był zapisany w kontaktach.
Powinienem odbierać? Znowu reklamy? 

Ale odebrałem. 

-Halo, halo? – Zacząłem powoli.
Usłyszałem w słuchawce damski śmiech i coś mocno trzasnęło czyimś telefonem po czym nastąpił sygnał rozłączenia i w tym samym momencie rozległ się dzwonek do drzwi…



Ψ PERCY Ψ




-Bum! Nie żyjesz! – Zaśmiał się Leo i dmuchnął w niewidzialny pistolet zrobiony z dłoni.
Przewróciłem oczami i uśmiechnąłem się lekko do syna Hefajstosa. 

Leo wcale nie radził sobie źle w nowej sytuacji. Lubił Exidium, ale przede wszystkim lubił Cassandrę. Jednakże nie dało się nie zauważyć, że zachowanie Leona nabrało tej swoistej sztuczności, znowu chce przekonać wszystkich, że jest okej, podczas gdy sam boryka się z przeciwnymi myślami. Cały Leo. 

-Co jest? – Wcisnąłem dłonie w kieszenie.
-Właśnie wracam od najseksowniejszej dziewczyny w tym miejscu – wyszczerzył zęby – Jak było na zwiadzie? 

Wzruszyłem ramionami. 

-Nie mogę powiedzieć.
-Bogowie no ile można! – Leo pokręcił głową – Powinniśmy współpracować a nie ukrywać wszystko i…
-To jest ważne dlatego nic ci nie mówię, Valdez – warknąłem.
-Okej, okej – zaśmiał się – Jak myślisz co będzie na obiad?
-Czemu pytasz się o to mnie?
-Miałeś ostatnio dyżur w kuchni – wyjaśnił.
Uderzyłem się dłonią w czoło i spojrzałem na Leo jak na idiotę.
-To było pięć dni temu.
-Eee… Serio? Bogowie…

Leo ma dziwny zwyczaj gubienia się w czasie, ale co zrobić? 

Westchnąłem ciężko.

-A jak idą prace? – Spytałem. 

Leo zaśmiał się ciepło i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Spojrzałem na niego niepewnie… Po cholerę mu komórka? I czemu akurat komórka? I czemu jest włączona? Leo nie myśli chyba bardziej ode mnie. 

-Wyłącz to! – Wycedziłem.
-Ależ nie – pokręcił głową – Majstruję właśnie jak ulepszyć komórki by nie musieć ich wyłączyć – wyszczerzył zęby – Czaisz?

Zmrużyłem oczy. 

-No wiesz… Robię takie czary by nas potwory nie były w stanie wyśledzić. 

Pokiwałem głową. Pomysł mi się podobał, nie każdy ma drachmy przy sobie, albo nie ma dobrego miejsca na iryfon… jednakże ciągle nie podobał mi się pomysł, że mimo wszystko jest to telefon.

-No wiesz… z bogami się nie skontaktujemy – Leo zaśmiał się – Z resztą obecnie niespecjalnie mam na to ochotę, ale będzie nam łatwiej skontaktować się między sobą.
-Ja jednak będę miał na wszelki wypadek przy sobie drachmy.
-Zacofaniec – Leo wystawił mi język i zaczął biec przed siebie. 

Ja westchnąłem tylko ciężko… 

Nico pewnie nie był by zadowolony z tego co ukrywam przed prawie całym Exidium… 

*** 

Tak... zabijecie mnie i w ogóle... Cóż mam tylko na usprawiedliwienie to, że lud wali do mnie drzwiami i oknami ;-; 
I jeszcze net mi się skończył i obecnie pasożytuję na służbowym mamy x"D 

Dobra tak czy siak jak jeszcze czytacie to dziękuję i do usłyszenia